Miałem sen. Krajowy czempionat. Impreza docelowa dla wszystkich sportowców traktujących swoją dyscyplinę na serio, jako coś więcej niż fajną zajawkę (chociaż w zasadzie obie postawy się nie wykluczają). Zjeżdża się cała masa kolarzy górskich – kto żyw i zdrów chce spróbować swoich sił z najlepszymi. Wydarzeniem żyje całe miasto, ściągają tłumy kibiców, tysiące ludzi przed telewizorami (a przynajmniej przed komputerami z odpaloną relacją na żywo) nerwowo odlicza sekundy do startu…

 

Budzę się. Jestem w Żerkowie. Dzisiaj Mistrzostwa Polski. Czy sen się sprawdzi?

MIEJSCÓWECZKA

 

„Empe” po raz kolejny zawitały do Żerkowa – niewielkiego, dość urokliwego miasteczka gdzieś w środku Wielkopolski, gdzie w niedzielę życie toczyło się głównie na kompleksie miejskich basenów. Dojazd bez GPS – karkołomny.

 

Trasa wyścigu znana, ale znacznie utrudniona a zdaniem wielu – przekombinowana. Przykład próby nadganiania zachodnich trendów – najeżona dropami, sztucznymi przeszkodami, patrz – Szalony Drwal którego na szczęście trochę „wykastrowano” przez co nie był już taki narwany, i tonami piasku, który był tam jednak chyba od wieków, więc organizatorzy nie bardzo mieli co z tym fantem zrobić (a wiem, że im się za to dostało). Została im ewentualnie modlitwa o deszcz albo dobry układ ze strażą pożarną i wodociągami.

 

{gallery width=300 height=500}BARTOSZ/MP_XC/IMG_1904.JPG{/gallery}

 

 

Pętla była naprawdę wymagająca. Dzień wcześniej spędziłem na niej sporo czasu, by w dniu wyścigu walczyć z zawodnikami a nie z trasą. Na treningach zdarzało mi się kilka gruzowań. Gdy się w nią wjeździłem dawała dużo więcej frajdy ale wciąż tak samo mocno tyrała nogi. Generalnie – kolarstwo ekstremalne. Puszki Red Bulla na stolikach podczas konferencji prasowych idealnie pasowały do charakteru trasy wyścigu.

 

ZAŁOGA

 

Oczywiście, tak jak w moim „śnie”, na starcie śmietanka polskiego kolarstwa górskiego na czele z broniącym tytułu Markiem Konwą. Zabrakło jedynie solidnego kandydata do medalu – Mariusza Kowala, którego zmogła choroba. Łączna liczba startujących: 61 (razem z orlikami). Właśnie – dużo to czy mało? Wydaje się, że mało. Porównując to do maratonów – kropla w morzu. Frekwencji nie pomogło też na pewno zamieszanie z przepisami dot. licencji. Jednak patrząc na skromniutką listę startową na Pucharach Polski – dużo. Jeszcze więcej, jeśli porównamy to do liczby startujących kobiet – wychodzi na to, że kolarstwo jest mężczyzną :-). Nie najgorzej liczba ta wygląda też w zestawieniu ze stawianymi za wzór do naśladowania Czechami, gdzie w mistrzostwach Elity startuje 20 zawodników, w U-23: 21 (o ile dobrze udało mi się wyszukać wyniki – z czeskim radzę sobie gorzej niż z rowerem). Oczywiście – nie wiem jakie są tam kryteria startów w imprezie rangi mistrzowskiej.

 

BOHATER OPOWIEŚCI

 

Startów w olimpijskiej odmianie kolarstwa górskiego nie miałem w tym roku za wiele – Puchar Polski w Białymstoku, Trzy Wieże w Szczecinie i…to chyba wszystko. Moja wyścigowa dyspozycja w formule cross-country pozostawała więc dla mnie małą zagadką. Na szczęście miałem okazję sprawdzić się na fajnym lokalnym wyścigu – Luiza XC CUP w Człuchowie, organizowanym przez mojego dobrego kolegę – Mateusza Zdanowicza. Test wypadł pomyślnie! Noga kręciła się jak trzeba, podjazdy wciągałem na dużej mocy, na zjazdach i singlach rower słuchał się mnie jak tresowany pies. To dało mi pozytywnego kopa przed zawodami Żerkowie. Przyznam, że w myślach widziałem się na podium. Trzeba było to zweryfikować.

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/MP_XC/luiza.jpg{/gallery}

 

 

W przedstartową noc, mimo, że coś mi się przyśniło, nie pospałem jak sułtan. Jakoś tak się złożyło, że wszystkie żerkowskie muchy i komary postanowiły zrobić sobie w naszym pokoju Open’era i zleciało się ich chyba z 50 tysięcy. Każda z nich, wykazując się sporą kulturą osobistą i towarzyskością, chciała się z nami przywitać osobiście! Serio – takiej chmary nie widziałem wcześniej na oczy. I zapewniam – nie mam problemów z higieną osobistą ! 🙂

 

SZOŁ

 

Wyścig. W mistrzowską niedzielę żar lał się z nieba. Mało kto chyba myślał o ściganiu. Było tak gorąco, że nawet zimny Leszek w sklepowych lodówkach miał temperaturę rosołu z kury. Nie to żebym próbował…ale tak słyszałem. Po prostu – Miami Beach. Do tego start dopiero o 16:30, więc każdy moment w chłodzie był na wagę złota. Konieczne było uzbrojenie się w elementy chłodnicze: przenośną lodóweczkę na bidony, zimną wodę i ręcznik, który chłodził mój kark przed startem. Podobny zabieg stosowało jeszcze kilku zawodników. Pomyślałem sobie, że problemów z utrzymaniem odpowiedniej temperatury przed startem nie powinni mieć zawodnicy JBG-2. Dlaczego? Odpowiedź znajdziecie na stronie ich tytularnego sponsora 🙂

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/MP_XC/IMG_1923.JPG{/gallery}

 

 

Ustawianie. Przyznano mi numer „25″ co odpowiadało pozycji zajmowanej przeze mnie w sektorze (dawało to trzeci rząd). Bardzo mnie ten fakt nie niepokoił, bo start odbywał się szeroką drogą asfaltową, która ułatwiała przejście do przodu. Skorzystałem z tego i szybko przesunąłem się o kilkanaście pozycji na 9/10 miejsce w stawce. Nawiązanie do plaży miało jeszcze jeden powód – kurzyło się niemiłosiernie! Ciężko było o orientację w terenie. Z trudem widziałem tylne koło zawodnika jadącego przede mną, nie myślałem więc o tym, by przeskakiwać do przodu. Szybko mógłbym skończyć zawody efektowną kraksą. W tumanach kurzu doszło do pierwszego podziału na małe grupki.

 

5 rund do końca. Po rozbiegówce uformowała się czołówka wyścigu, na czele której, tu bez niespodzianki, jechał broniący tytułu Marek Konwa. Gonił go Bartek Wawak, trzeci zaś jechał, dość niespodziewanie, Marcin Kawalec z Sante BSA. Za nimi w pewnych odstępach podążali: Kornel Osicki, bracia Brzózkowie, Bacior, mały Konwa, Rafał Alchimowicz, Bogdan Czarnota i ja.

 

4 rundy do końca. Kurde, czuję się nieźle. Na czele bez zmian – coraz mocniejszym tempem jedzie Marek, który utrzymuje ok 1 minutę przewagi nad Bartłomiejem. Kolejna minuta czy półtorej i pojawia się Marcin, a za nim, już w nieco mniejszych odstępach – trzech zawodników mających chrapkę na skasowanie zawodnika z Wrocławia: Kornel, Piotr B. i ja. Jadę mocnym ale równym tempem. Doping (niewielu ale jednak) kibiców uskrzydla. Może marzenia o medalu nie były przesadzone?

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/MP_XC/IMG_1939.JPG{/gallery}

 

 

3 rundy do końca. Złoto i srebro jadą raczej niezagrożone. Chyba nawet defekt by tu niczego nie zmienił. Łapię trochę wiatru w żagle, gdy na podjeździe dochodzę Piotra Brzózkę. Przed nami widać Kornela, a od niego już tylko „parę” depnięć korbą do medalu. Wszystko się może zdarzyć. Czy to jest ten dzień? Z rywalizacji po drodze wycofują się m.in. Darek Batek i Adrian Brzózka.

 

2 rundy do końca. Kłopoty, kłopoty Banacha. Nogi zaczynają trochę strajkować. Dostaję informacje, że zawodnicy z pierwszej trójki cisną równo – nikt nie słabnie. Cholera. Piotrek miał jakieś problemy techniczne, z którymi jednak szybko sobie poradził. Wtedy też jakby się zrestartował: silnik zaczął znów wkręcać się na obroty a turbina dodawała mega kopa na podjazdach. Równie szybko jak wcześniej naszedłem Piotra, teraz on zaczął mi odjeżdżać. Lekki dym zaczął też unosić się nad Kornelem Osickim, który podobnie jak ja zaczął odczuwać trudy wyścigu. Medal zaczynał odpływać.

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/MP_XC/IMG_1935.JPG{/gallery}

 

 

Laastse ronde. Walka ze sobą. Popełniam coraz więcej błędów, trudno jest mi kontrolować rower, który zaczyna wierzgać jak dziki mustang. Na podjazdach trudno mi znaleźć rytm: manetkuję, zmieniam kadencję. Przede mną przetasowania: Brzózka przechodzi Osickiego i ewidentnie włącza się do walki o najniższy stopień podium. Widzę przed sobą zawodnika Krossa, ale choć bardzo chcę, nie udaje mi się go zaatakować. Włączam tryb: byle do mety. Spokojnie pokonuję ostatnie wzniesienie, prześlizguję się po „Kamiennej Rzezi”, skok na dropie, zakręt i finisz. 6 miejsce – identycznie jak przed rokiem. Medale zbiera trio Konwa, Wawak, Kawalec. Dla tego ostatniego to życiowy sukces i chyba największa niespodzianka tego dnia. Brawo! Z drewnianym medalem Piotrek B., który odczuwał chyba duży niedosyt, bo miał nogi na medal.

 

BACK TO REALITY

 

Mistrzostwa, mistrzostwa i po mistrzostwach. Wyścig był…ok. Do trasy można się czepiać, że przekombinowana, że piaskownica, że upał itd. Zawsze znajdą się powody do narzekań i elementy do poprawy. Mnie jednak martwi jedna rzecz – klimat. I nie chodzi o temperaturę czy wilgotność powietrza. Mistrzostwa Polski to nie pierwsze lepsze zawody. Wymagania i oczekiwania są większe, szczególnie jeśli chodzi o oprawę, promocję i medialność tego wydarzenia. Tyle mówi się o tym, że prestiż mistrzowskich zmagań rekompensuje zawodnikom trudy przygotowań i ścigania oraz brak jakichkolwiek nagród. Więc jak to jest z tą estymą, pompą, fajerwerkami? Kibiców – jak na lekarstwo. Sami krewni i znajomi królika plus branżowe media. Całe miasto na basenie. Ale czy można się dziwić? Rozstawienie sceny, kilku parasoli i ławek oraz 2 przyczep z gastronomią to raczej sceneria jak z lokalnego ogóra. Dobrego – ale jednak ogóra. Ludzie, którzy kibicowali zawodnikom nie za bardzo mieli orientację co dzieje się na trasie – żadnych telebimów, międzyczasów, pomiar „z kartki i stopera”. Do tego brak dodatkowych atrakcji (tombola to raczej taka zapchajdziura). Na plus, że kibicom rozdano trąbki – szkoda, że nie było za bardzo komu w nie dmuchać. Po zawodach żadnego fajnego podsumowania, żadnej biby, posiłku – nic. Wszyscy do gabloty i odjazd. Zamiast kolarskiego święta był poprawnie zorganizowany wyścig, impreza towarzystwa wzajemnej adoracji. Zabawa w piaskownicy dla garstki ludzi – i nie piję tu do podłoża na trasie. Sen okazał się tylko…snem. Wracamy do rzeczywistości.

 

P.S. Tak jak pisałem – z czeskim radzę sobie średnio. Ale chyba na tyle dobrze, żeby zrozumieć, że tamtejszy czempionat, który padł łupem Kuhlavego, został rozegrany w Pradze. To stolica tego kraju, jakby ktoś nie kojarzył. Można? Można.

 

Bartosz Banach

(red. Wojtek Woźniak)