W sobotę zaraz po pracy szybko spakowałem się do auta. Wszystko miałem już przygotowane. Zapisać się na wyścig można było do 30 min przed startem kategorii a start mojej, Elita, był wyznaczony na  godzinie 14. Na rozgrzewke miałem tylko 15 minut. To za mało żeby rozbić nogi napuchnięte, jak kołki , a sopockiego molo, po całym tygodniu pracy na stojąco. Potrzebowałem około 60 minut na spokojne kręcenie i doprowadzenie nogi do optymalnej formy, a tego czasu nie było. Od startu nie mogę iść w „trupa”, chociaż na krótką zabawę i chwilowe odkręcenie gazu mogłem sobie pozwolić. Celowo ustawiłem się w drugiej linii. Muszę już zacząć ćwiczyć starty przed cyclo crossem. Po strzale szybkie wpięcie i rura! FSI wyskoczył jak z procy, piekielnie dynamiczny rower. Momentalnie znalazłem się z przodu, gazując częściowo po jakiś krzakach. Zająłem 4/5 pozycję zaraz za Krzysztofem Krzywym (Nexus Team) i odpuściłem manetkę. To było idealne miejsce. Krzysztof taktycznie i technicznie jedzie wspaniale, równo i płynnie. Nie musiałem się o nic martwić tylko trzymać jego koło. Na przodzie było rwane tempo. Krzysztof odpuszczał i dociągał kontrolując szpicę peletonu jadąc przy tym maksymalnie ekonomicznie. Te pojęcia wydają się  sprzeczne: wyścig i ekonomia a jednak jest w tym profesorska technika. Wystarczy wykonac pod rząd kilka przyspieszeń takich o 2 metry do przodu, które nie zmienią nic na szczycie górki a jednak noga będzie umęczona a my jechaliśmy w „komforcie”. Z przodu młody rwał się  jak płotka na haczyku a z tyłu Krzysztof spokojnie kręcił czekając na odpowiedni moment. Jechałem za nim, nie wychylałem się na milimetr. Na jednym z podjazdów linka holownicza Michała Felona (Zdrowy Rower) zaczęła się niespodziewanie rozciągać.

Doświadczony zawodnik to widzi, kiedy poprzedzający rywal nie wytrzymuje tempa i delikatnie odpuszcza koło. To jest moment w którym trzeba podjąć szybką decyzję i przeskoczyć. Jak się zostanie to pozamiatane. Krzysztof zebrał się od razu, ja oczywiście za nim trzymając koło zębami. Na pierwsze miejsce wysunął się Eduard Tomashevsky (Westo MTBO Team), gość z Rosji, a w zasadzie stały uczestnik pomorskich wyścigów. Eduard zaczął swoje przedstawienie. Momentalnie zerwaliśmy resztę zawodników. HR 177 na liczniku wskazywał, że już jadę ponad czerwoną kreskę i za chwilę nastąpi przegrzanie silnika. Fuck it, to jest wyścig, muszę to przetrzymać. Jęknąłem na szczycie górki i dwójka zaczęła mi odjeżdżać. Delikatnie zwolniłem ale nie odpuszczałem. Wiedziałem, że zaraz zacznie się zjazd i mam szansę na złapanie kontaktu.

Kurs wyścigu znałem  z poprzednich lat, ale nie byłem w niego „wjeżdżony”.  Za ul. Spacerową nie są moje rewiry treningowe i nieczęsto tu bywam. Trasa była łatwa technicznie, za to trudna fizycznie przez długie męczące płaskie podjazdy. Brakowało stromych odcinków jakiś technicznych zjazdów, trawersów itp. Używałem tylko środkowego zakresu kasety, słabo, po co mi te 12 speedów?  😉

Na końcu zjazdu miałem już Krisa i Eduardo. Zawodnik Z Rosji miał strasznie męczącą taktykę, na wyniszczenie. Non stop fundował strzykawy– czyli mocne szarpnięcia na podjazdach. No nie, pass. To było za wysokie tempo jak na moje możliwości. Zmieniłem tryb jazdy. Nie oglądałem się za siebie, Czerpałem przyjemność z wyścigowego tempa i cały czas szukałem oszczędności na trasie. Zastanawiałem się gdzie najlepiej zmienić bieg, gdzie przyspieszyć, gdzie odpocząć , na jakich przełożeniach pokonywać konkretne odcinki. Takie doskonalenie się. Na 3,4 okrążeniu miałem już wszystko opanowane i odtwarzałem przejazd jak robot, ciesząc się przy tym niesamowicie. Na metę wjechałem na 3 pozycji z dużą stratą do czołówki. Nie jest źle. Wystawiam sobie dobrą ocenę.

Rower to petarda. Nic w nim nie muszę zmieniać. Jest szybki i komfortowy. Do odpowietrzenia tylko tłumik plus wymiana oleju. Nie zrobiłem tego w okresie zimowym i przy szybkiej jeździe na dużych prędkościach czuć „pakowanie” i walenie po łapach.

Lubię bardzo wyścigi XC! Na takiego rodzaju startach nie można ukryć słabości. Poprzez kilkukrotne przejechanie tych samych odcinków można porównać czasy przejazdów, można dobrać przełożenia i inne ustawienia, można doskonalić siebie i sprzęt. Na maratonie tego nie ma, jedziemy w nieznane i ciężko jest analizować przejazd, a to co się wydaje nie zawsze przekłada się na rzeczywiste wartości takie jak czas, szybkość i ekonomia jazdy. Ok można czerpać dane z miernika mocy, który jest bardzo przydatnym urządzeniem, ale nie ma w tym żadnej finezji i romantyzmu jaki daje sport. Bardzo mi się podobał wywiad z Taylorem Phinneyem przeprowadzonym przez GCN: „Time Trial Tips With Taylor Phinney”. W skrócie Taylor mówi, że trenuje coś tam na watach i na „progu”, ale to co się dla niego liczy przede wszystkim prędkość, czas i prędkość. Do tego musi być „fun”, musi być komfort. Niektórzy mówią że życie zaczyna się jak wychodzimy ze strefy komfortu. Ja uważam, że życie i trenowanie pod górną granicą komfortu przynosi najlepsze efekty w długiej perspektywie czasu. Są potrzebne chwilowe wypady po za tą barierę, żeby przenieść się inny poziom rywalizacji i życia, doznać więcej wrażeń. Bardzo ważne żeby umieć wrócić do strefy komfortu i tam rzeźbić swoją podstawę, ponieważ im wyżej mamy podniesioną granicę równowagi psychiczno-fizycznej, tym lepiej smakują krótkie wypady w nieznane.

foto. Tomek Ferenc