Ostatnia Edycja Garmin MTB Series odbyła się na jednej z najtrudniejszych regionalnych tras MTB  z rodzaju XCM. Rumia przywitała zawodników ładną i słoneczną pogodą. Na najdłuższym dystansie było bardzo ciasno w czołówce. Przed startem pierwsza czwórka w generalce notowała prawie identyczne czasy. Jednosekundowe bonifikaty przed występem na tak trudnej trasie nie były żadną przewagą. Faworytów dokładnie podałem przed imprezą a Michał Bogdziewicz ze względu na doświadczenie, formę i predyspozycje był pretendentem do zwycięstwa w finałowej edycji jak i w całym cyklu jesiennej Edycji Garmin MTB Series. Przebieg wyścigu był prawie że rozszyfrowany, ale sport potrafi zaskakiwać i zawsze pisze własne scenariusze. Ku mojemu zaskoczeniu na starcie pojawiły się żółte koszule Renault Team w mistrzowskim składzie. Okazało się, że grupa ma niedaleko wewnętrzne spotkanie, zakończenie sezonu. Postanowili „przy okazji” wystartować w wyścigu.  W pierwszej linii fenomenalny Krzysztof Łukasik. Srebrny medalista XCM i brązowy XCO Elity.  Zdobywca generalki  Pucharu Polski w XCO i Vice Mistrz  Świat Uniwersjady w XCO. Naprawdę genialny sezon w wykonaniu Krzyśka  i super forma. W drugiej linii aktualny Mistrz Polski w Maratonie MTB kategorii Masters II Arkadiusz Jusiński wraz ze swoim kolegą, który na tej samej imprezie zdobył brązowy medal. Mowa o Grzegorzu Maleszka.  No tak, cały plan poszedł do kosza, bo nie uwzględniłem w nim występu kolarzy w „Renówkach”.

Moje przygotowania były trochę inne niż zazwyczaj ale sprawdzone na II edycji w Stężycy. Ze względu na super pogodę i mega duże zainteresowanie w serwisie pracowałem ponad normę co uniemożliwiało mi książkowe przygotowanie. W zasadzie nie mogłem wykonać żadnego konkretnego treningu a walczyłem tylko o odpoczynek i o to żeby noga nie zesztywniała. Chciałem mieć lekkie nóżki. Fajerwerków się nie spodziewałem.

Żeby błyszczeć trzeba trochę więcej treningów i tyle samo odpoczynku.

Ograniczyłem przygotowania do przejażdżek. W sobotę, na dzień przed wyścigiem, zrobiłem odwrotnie niż wszelakie zalecenia, wykonałem najdłuższą kompensację. Zadaniem prawie 150 minutowej jazdy było rozluźnienie nogi, naładowanie energią i dotlenienie mięśni. Fajne uczucie towarzyszyło tej jeździe. Pierwsze 60 minut się męczysz, mięsień jest zbity i ponaciągany. Później jest trochę lepiej, ale to nie jest jeszcze wyścigowa dyspozycja. Dopiero po 120 minutach noga zaczyna normalnie pracować, mięsień jest rozluźniony i sprężysty. Serce zaczyna dobrze pracować. Właśnie takiego efektu oczekiwałem. Mógł być on tylko osiągnięty bardzo spokojnym i długim tłoczeniem tak samo jak zrobienie dobrego rosołu. Taka zupa musi pyrkać kilka godzin na małym ogniu, przyspieszyć się tego procesu nie da, nie ma drogi na skróty.

Trasa w Rumii jest bardzo zdradliwa i kto przeszarżuje od startu będzie spłacał dług do końca okrążenia. Początek trzeba pojechać spokojnie w rytmie, żeby nie zabić nogi. Łukasik tak właśnie pojechał, tylko że jego tempo było zabójczym dla innych. Haczyk chwycił Piotr Rzeszutek (KLUB KOLARSKI Lew Lębork), Tomek Repiński (ASE TREK Gdynia) i Danel Majkowski, (FTI Racing Team Rowery Żuchliński) którzy puścili się w pogoń za zawodnikiem ABRUKO Renault Team. Michał Bogdziewicz APTEKA GEMINI ze względu na problem techniczny  spowodowany zakleszczeniem patyka w tylnym kole (notabene w tym samym miejscu gdzie rok temu problem miał lider imprezy Łukasz Derheld), odpuścił pierwsze uderzenie i swoim rytmem pokonywał początek trasy. To na pewno dla Michała było dobre bo przymusowo jechał naprawdę równo i pewnie nie szarpiąc się na pierwszych podjazdach. Myślę, że gdyby nie defekt Michał i tak  nie poszedł by va banque za Łukasikiem, tylko kontrolowałby sytuację z odpowiednim dystansem.

To jest doświadczenie i dobrze wyregulowany wentyl bezpieczeństwa.

Takiej regulacji nie ma Piotr Rzeszutek, który potrafi pojechać do odcięcia tak jakby nie czuł bólu. To z jednej strony dobra cecha gdy ma się słabszych przeciwników, wyścig jest krótszy, albo końcówka bandycka. Zła kiedy przeciwnicy są mocni a trasa wymagająca.  Pozytywnych i negatywnych cech takiego charakteru jest więcej, najważniejsze żeby je zrozumieć i opanować a wtedy przeciwnicy będą musieli naprawdę się zaginać żeby takiego diabła powstrzymać. Oczywiście Piotrowi coś stało się z rowerem, ale czy nie był to efekt zbyt forsownej jazdy !?! Kolejnym zawodnikiem który mocno odczuł trudy pierwszych podjazdów był Daniel Majkowski.  Jak mijaliśmy go w okolicy 15-20 minuty wyścigu to jechał tak jakby miał zaciągnięty hamulec ręczny. Repiński na pierwszych kilometrach był wirtualnym zwycięzcą. Jego przewaga szybko topniała. Został doścignięty przez Bogdziewicza a Michał narzucił swoje warunki gry i wymęczył przeciwnika na sztywnych podjazdach.

Na starcie ustawiłem się daleko. Z przodu nie było już miejsca, zbyt późno wybrałem się do boksu startowego. Cały czas nie ma żadnego porządku w rozstawieniu zawodników, kto pierwszy ten lepszy. Nie chwaląc się, ale się pochwalę ;-), to i tak mam zajebiste starty, więc bez problemu mógłbym przedostać się na pierwszą pozycje. Nie chciałem, miałem inny plan. Wystartowałem bardzo spokojnie i nie patrząc się na resztę wrzucałem swoje biegi, jechałem własnym rytmem. Mijałem Michał Bogdziewicza, który akurat spoglądał się na tylne koło po tym jak coś zarzęziło w jego skrzyni biegów. To był tylko patyk, pojechałem dalej, wiedziałem, że sobie poradzi. Na pierwszym podjeździe wszyscy żwawo kręcili. Dyspozycja niektórych zawodników w pierwszym momencie mnie zaintrygowała ale już na drugim „uphill” wszystko się wyjaśniło, kiedy rywalom lekko poluzowały się śruby w korbach. Ja wtedy włączyłem niższy bieg. Jadąc bardzo dynamicznie mijałem kolejnych zawodników. Nie szalałem, cały czas równo, cały czas w tempie. Na zjazdach praca nóg, dotlenianie, koncentracja. Na początku podjazdu, spokojnie, na wysokiej kadencji, niby wolno ale po 100 metrach łapałem jakby drugi oddech, turbina zaczynała kręcić,

trzymałem kadencję w najwyższym punkcie momentu obrotowego.

Ebertowski z tyłu, Majkowski z tyłu, wyprzedzam Jusińskiego, wyprzedzam Michała Przybytka, 150 metrów przed nami Bogdziewicz i Repiński i w tym momencie… chwila co ja robię, spokojnie Robert, niech inni gonią jak chcą, jeszcze kupa kilometrów przed tobą, odpoczywaj i szanuj nogę – tak sobie powiedziałem i puściłem przed siebie Przybytka i Ebertowskiego . Przemek jechał bardzo rozważnie, szybko przeliczył punktację  widząc schodzącego z trasy Rzeszutka. Sterował tylko jazdą Michała Przybytka  (ASE TREK Gdynia), który na tym wyścigu pełnił rolę jego pomocnika. Pomocnik spisywał się znakomicie, jechał mocno i równo a Przemek doskonale sterował jego prędkością, bo na drugiej pozycji ma się lepsze wyczucie. Trochę na zmiany wychodził Arkadiusz trochę ja bo tylu zawodników liczył nasz wagonik. Bardzo słabo jechaliśmy na sekcjach technicznych, aż korciło mnie żeby przyspieszyć. Taki manewr byłby dobry gdybym w tych miejscach jechał na pierwszej pozycji ale jadąc na drugiej/ trzeciej  nie miałem możliwości przyspieszenia. Cieszyłem się faktem, że w opakowaniu jadę kluczowe fragmenty trasy i liczyłem na to że rywale będą jechali lepiej na tych odcinkach. Pod koniec pierwszego okrążenia dopadł nas Daniel Majkowski  (świetnie znał trasę i w tym punkcie przygotowany był perfekcyjnie) i bardzo chciał coś udowodnić wyczuwając szansę na podium w końcowej klasyfikacji cyklu. Szarpał się, przyspieszał. To nie były takie strzały, żeby zerwać Eberta ale mnie już tak, tylko że ja w generalce nic nie znaczyłem. Jazda straciła odpowiedni rytm, zaczęło się fisiowanie. W pewnym momencie doświadczony Ebert nie wytrzymał, podjechał do Daniela i powiedział:

Sory Daniel, ja tu jadę na Twoim kole, już nic nie ugrasz, takie życie, musiałbyś zrobić Flojda Landisa żeby wejść na 3 pozycję w generalce

no i nogi ze śmiechu mi się rozjechały. Chwilę później, tak od niechcenie, odjechał Arek i to on zrobił „Landisa”. Jego odjazd został zlekceważony przez innych zawodników, a wtedy przecież Daniel mógł za nim szarpnąć. Tyle ile fabryka dała! To był kluczowy moment tej rozgrywki,  ale FTI Racing Team wolał cały czas patrzeć do tyłu zamiast do przodu i podkręcał tempo aż w końcu odpadłem,  więc jak to był cel to gratuluje ;-). Ebertowski trzymał się bez większych problemów. Odpadł tez Michał Przybytek, który miał kryzys po wzorcowej pracy na początku wyścigu. Jusiński zdecydowanie lepiej pojechał końcówkę drugiego okrążenie- jak nie najlepiej z całej stawki. Pokonywał trasą rewelacyjnie nie tylko pod względem technicznym ale i dynamicznym tak jak na specjalistę od cyclo-crossu przystało. Dojechał nawet do Repińskiego ale jakaś wywrotka na ostatnim singlu pozbawiła go możliwości walki o najniższy stopień podium. Daniel Majkowski wyszarpał piąte miejsce, jest moc, jest znaczna poprawa na technicznych sekcjach-brawo. Przemek zasłużenie szóste miejsce i awans na trzecie miejsce w generalce. W końcówce zabrakło mi paliwa, zwolniłem, zostając wyprzedzony przez pełniącego rolę „gregario” zawodnika  z Trek Gdynia. Na linię mety wjechałem uśmiechnięty bo byłem zadowolony z przebiegu wyścigu. Byłem zadowolony z  wygranej kolegi klubowego w generlce (Bodzio) i zarąbistych komentarzy Przemysława. Na zakończenie zostałem uhonorowany 300 złotowym mandatem za stanie w nieodpowiedniej odległości od przejścia dla pieszych w dzielnicy domków jednorodzinnych  gdzie ruch pieszych w niedzielne przedpołudnie równy był zeru. Niestety okolicznym mieszkańcom najwyraźniej nie podobają się odwiedziny kolarzy, ale wiecie co, za rok, a to już za chwilę, przyjadę znowu 😉

Po wyścigu burza myśli. Fajnie, że przyjechał jeden z najlepszych zawodników w kraju (Krzysztof Łukasik)  i mogliśmy wszyscy zobaczyć jaka jest różnica poziomu pomiędzy Elitą a Mastersami. Zacząłem się zastanawiać czy w przyszłym sezonie mógłbym taką różnicą zniwelować, nie całą ale w większym procencie i wejść na torpedzie w sezon przełajowy.  Teoretycznie jest to możliwe: jest wiedza, są chęci, siła i werwa. Jest sponsor APTEKA GEMINI, jest wsparcie zespołu BST, jest dostęp do specjalistów, którzy pomagają  złagodzić trudy przygotowań. Mam niesamowity sprzęt do treningów i wyścigów CANNONDALE, ale czy to wszystko ma sens i czy nie lepiej w inny sposób zagospodarować ten czas? (takie myśli mi się czasami pojawiają) To już który mój sezon? Za chwilę będzie 27 gdzie pomimo kilku przerw nie zdarzyło się żebym w roku opuścił jakieś starty. Atmosfera wyścigów jest niesamowita, imprez w regionie mnóstwo, wszystko się kręci w najlepsze. Szkoda byłoby z takiej karuzeli wypaść. Z drugiej strony RODZINA i SERWIS, choć to drugie mocno zazębia się z moją pasją- sportem- a w zasadzie są to naczynia powiązane- trudna rozgrywka. Tutaj trzeba złotego środka, żeby to wszystko pogodzić. Drobne rewolucje już się zaczęły. Z kolejnym bagażem doświadczeń, z których wyciągam odpowiednie wnioski,  ruszam w nowy sezon, gdzie o sukcesie będą  decydowały dobre wybory, rezygnacja z niektórych przyjemności, asertywność, ponadprzeciętna organizacja i konsekwencja. Jedziemy dalej!

foto. Tomek Ferenc