Czekałem na gong oznaczający rozpoczęcie ostatniej rundy. Byłem już mocno zmęczony, łapały mnie skurcze. Obolałe palce dłoni od przenikliwego zimna, uniemożliwiały dobre sterowanie rowerem. Starałm się jechać płynnie, odpoczywałem na łatwych odcinkach,  a szczątki  maksymalnej mocy koncentrowałem na najtrudniejszych elementach trasy, tak aby je przyzwoicie i bezpiecznie pokonać. Nie piłowałem organizmu bo ten pracował nie najlepiej. Serce bulgotało ślamazarnie nie odpowiadając na zmiany tempa. To i tak „szczęście” że w ogóle wystartowałem.

Przygotowania

Przygotowania szły bardzo dobrze. Wykonywałem bardzo proste ćwiczenia. Do znudzenia pokonywałem te same elementy na trasach treningowych. Po samopoczuciu i wynikach było widać, że organizm staje się coraz lepszy. Na podjazdach pod ul. Myśliwską notowałem lepsze rezultaty. Zaczynałem od 370 wat a w końcowym etapie przygotowań potrafiłem kręcić na poziomie 400W i powtórzyć to 10 razy.

Do programu treningowego wplotłem ćwiczenia siłowo-dynamiczne. Pomimo, że udało mi się zrealizować tylko 5 takich jednostek, to noga zrobiła się mocna i silna. Żeby była jasność-moje przygotowanie to jak odgrzewanie zimnego kotleta, bo te możliwości organizmu to efekt treningów za młodu. Dla osób, które rozpoczynają przygodę z kolarstwem dojście do wysokiej dyspozycji zajmuje więcej czasu i raczej jest to kilka lat treningów. Tak czy inaczej, odgrzewany schabowy też jest dobry.

Załamanie

10 dni przed Mistrzostwami Świata, poczułem się gorzej. Byłem jakiś zamulony i zmęczony. Zakończyłem najcięższy tydzień w przygotowaniach i myślałem że jest to normalna reakcja organizmu. Zrobiłem sobie dodatkowy dzień wolny i rozpocząłem ostatni szlif w przygotowaniach. Coś jednak było nie tak. Na marszobiegu poczułem ból. Wysokie ciśnienie od wysiłku gdzieś pulsowało mi w głowie. Ból z każdą godziną zaczął się koncentrować w okolicy zęba. Znałem to uczucie i nie wróżyło ono nic dobrego. W czwartek wieczorem było bardzo źle. Ząb bardzo bolał. Najgorzej, że lekarz który mnie prowadzi wyjechał na szkolenie do Krakowa. Nocy nie przespałem. Rano poszedłem do lekarza na osiedlu. W martwym zębie zrobił się ropień okołowierzchołkowy. Dostałem leki przeciwbólowe i antybiotyk. Czekałem do poniedziałku na powrót doktora. Tamten weekend miałem wyjęty z kalendarza. Bakterie zaatakowały cały organizm. Morda napuchła. W poniedziałek z samego rana zjawiłem się w gabinecie. Doktor naciął mi dziąsło i założył sączek. Kolejne dwa dni jeździłem codziennie rano na płukanie rany aby jak najszybciej pozbyć się „bakterii”. Antybiotyk zaczął działać, ale organizm był strasznie osłabiony. Przez godzinę trzymałem telefon i chodziłem z kąta w kąt. Chciałem odwołać wyjazd. Pomimo że kilkakrotnie wybierałem numer do kolegów to jednak nie zadzwoniłem, zdecydowałem się pojechać… po naukę. Chorobą specjalnie się nie chwaliłem. W głowie chciałem zapamiętać dobrze przepracowany okres treningowy.

Mol

Mała miejscowość w Belgii przywitała nas ponurą pogodą. Mol jest popularną miejscowością wypoczynkową (letnią) z dużą ilością jezior otoczonych lasami. Po krótkim wypoczynku udaliśmy się na rekonesans trasy.

Antybiotyk miałem brać do niedzieli. Czułem się zdecydowanie lepiej, ale choroba wyraźnie osłabiła organizm. Trasa bardzo mi się podobała. Było dużo sekcji biegowych. Były bardzo fajne elementy techniczne no i nowość, jazda po piachach. Pomimo, że jestem doświadczonym zawodnikiem to w Mol uczyłem się kolarstwa od nowa. Na początku kariery nikt z trenerów nie zwracał mi uwagi na umiejętności techniczne. Rypało się kilometry. Dopiero od niedawna doszedłem do wniosku, że najważniejszy jest „Skill” i to pierwsza cecha którą powinni szlifować początkujący zawodnicy. Po prostu trzeba nauczyć się jeździć na rowerze wyścigowym a dopiero później kształcić cechy motoryczne. Szlifowanie techniki i tak wyrabia odpowiednią „formę”.  Bez dobrej techniki kręcenie kilometrów może wyrobić złe nawyki, które później ciężko będzie wyeliminować.

Ciśnienie

Jazda po piachach wymagała odpowiedniej techniki. Trzeba było atakować te sekcje bardzo dynamicznie na pełnym gazie. Później trochę bardziej obciążyć tylne koło i cały czas kręcić, kręcić, jednocześnie balansując tak aby jak najdłużej utrzymać się w wybranych koleinach.

Niestety odpowiednie szytki nie dotarły na czas, jechałem na błotnych. Nie był to najlepszy wybór ale co miałem zrobić. Leciałem na tym co było. Przy ciśnieniu  w okolicach 28-29 psi rower siadał nawet jak się bardzo starałem, nie jechał. Dobrą przyczepność zaczął łapać na 24 psi a zupełnie gładko przechodził przez piachy na 19-20 psi. Na tak niskim ciśnieniu trzeba było uważać po za sekcjami w piachu. Na twardym podłożu rower nosiło, obręcz cały czas dobijała no i pierwszy startowy zakręt był bardzo niebezpieczny. Po starcie rozpędzaliśmy się tam do około 45 km/h i wejście w ciasny asfaltowy łuk przy 20 psi groziło wywrotką lub zdjęciem szytki.

Pod uwagę trzeba wziąć również różnice pomiędzy możliwościami  treningowymi a wyścigowymi. Na ogół podczas wyścigu nie mam takiego kopnięcia, żeby przejechać piachy, dlatego bardzo niskie ciśnienie nic by nie dało, albo dało by niewiele bo z rowerem i tak trzeba było biegać. Zdecydowałem się na 23 psi i był to dobry wybór gwarantujący optymalną trakcję na całej rundzie. Na pewno na tą trasę miałem zbyt szerokie obręcze. Są one przeznaczone do szytek MTB, a przełajowa guma nie tworzy na nich  „płaszcza” jak przy węższych rafkach. Jest kilka elementów do poprawy na kolejne Mistrzostwa a przede wszystkim dużo wyższa moc i jeszcze lepsza technika, rower przecież sam nie pojedzie.

Przełożenia

W moim Cannondale mam zamontowany system 2×11. Zamówiony był inny rower z systemem 1×11 ale niestety nie dotarł mój rozmiar i miałem do wyboru albo czekać, albo brać to co jest. Nie jestem wybredny i wychodzę z założenia, że do każdego systemu można się przyzwyczaić i się go nauczyć o ile reprezentuje odpowiedni poziom. Niezależnie czy to Sram, Shimano czy Campagnolo wszyscy producenci gwarantują wystarczający dobre lub bardzo dobre działanie w warunkach wyścigowych. Zarówno w Taborze jak i Mol świetnie się system 2×11 sprawdzał. Na prostych miałem bardzo dobre i dynamiczne przełożenia a na ściankach szybką redukcję biegu i zdecydowanie lepsze przełożenie mocy, gdy łańcuch pracował w łagodnej linii. Na początku chciałem ten napęd wymienić ale po kilku startach uważam, że jest całkiem spoko jak na CX.

Ponadto dwóch największych asów w światowej czołówce jeździ właśnie na 2×11. Po części jest to podyktowane wymaganiami sponsora. Niedzielny wyścig Elity w Mol oglądałem na Internecie. Starszy z braci Van der Pol wygrał w ładnym stylu. Bardzo mi się podobało jak wykorzystuje sekwencję biegów i jaka jest różnica w porównaniu do zawodników jadących na 1×11. Na wjeździe w sekcję z agrafkami David zrzucał na małą tarczą z przodu i w wysokim rytmie pokonywał zakręty, uzyskując niewielką ale znaczącą przewagę. Zawodnicy jadący za nim na 1×11 musieli zużyć trochę więcej sił na rozpędzanie roweru. Mieli też gorsze przełożenie na sekcjach z piachem. Temat wyboru osprzętu jest dyskusyjny. Każdy ma swoje plusy i minusy. Dobry zawodnik pojedzie na wszystkim. Osprzęt 2×11 będzie działał poprawnie i niezawodnie jak jest w wybornej formie.

Start

Wylosowałem rewelacyjne miejsce startowe. Pierwszy rząd :-). Jak zawsze na tego typu imprezach był porządek. Wymalowane linie startowe, odpowiednie przerwy gwarantowały w miarę dobry, przejrzysty i bezpieczny start.

Walka była ostra, na łokcie. Każdy chciał wejść wysoko w trasę  bo ta później robiła się wąska. Lubię ostrą walkę. Przepychanie się na barki wśród doświadczonych zawodników jest bezpieczne, dlatego że ci potrafią kompensować siłę a nie się jej poddawać. W trasę wjechałem na 2 pozycji. Zawodnik jadący przede mną nie nadawał jakiegoś wysokiego tempa, czekałem aż się wypali. Pierwszy piach udało mi się przejechać bardzo ładnie i dynamicznie dzięki czemu wysunąłem się na prowadzenie i zyskałem nawet 30 metrową przewagę. Wow, jadę pierwszy :-). Jakoś specjalnie nie podpalałem się tym faktem tylko jechałem swoje. Na najtrudniejszym elemencie technicznym zacząłem trochę tracić prędkość przez zbyt późne zeskakiwanie z roweru. Doszli mnie inni zawodnicy. Nie czułem się zbyt dobrze. Organizm pracował słabo. Kręcenie było puste. Mimo to próbowałem jak najdłużej trzymać dobrą pozycję i korzystać z koła zawodników, którzy mnie wyprzedzali.

Niestety zacząłem popełniać błędy. Nie mogłem się zdecydować czy jechać, czy biec z rowerem, czy go prowadzić. Zbyt słabo przećwiczony miałem ten element. Na szczęście wiedziałem gdzie popełniam błędy i próbowałem je na każdej rundzie wyeliminować. Kilka razy mi się udało i to był duży plus, który dodał mi skrzydeł na finałowe metry wyścigu. Ukończyłem wyścig na 10 pozycji.

Podsumowanie

10 m-ce to wynik który nie pokazuje moich możliwości. Niestety nie mam „organizmu” który przepali wszystko, a choroba zęba była tylko sygnałem że przeciągnąłem strunę i zbyt forsownie żyję. W przyszłości musze bardziej skupić się na całorocznych, systematycznych treningach,  wypoczynku i racjonalnym rozkładzie obowiązków zawodowych i rodzinnych w tygodniu. Sama realizacja treningu jest dla mnie dużo prostsza niż kiedyś, ale to nie wystarcza. Gorsza jest zdecydowanie regeneracja i zdrowie a dynamiczne obowiązki zawodowe nie pozwalają na prawidłowy wypoczynek. Przygotowania i starty w przełajach przypłaciłem i zdrowiem i słabymi wynikami w serwisie. Czy dobre miejsca rekompensują te straty? Bilans jest zerowy. Była to dla mnie kolejna lekcja. Teraz musi być wygrana czyli bilans na plusie.