Sezon ogórkowy w pełni i jak to u nas bywa wakacje to czas relaksu, wyścigów mało, co najwyżej lokalne wydarzenia i etapówki. Do wyboru mieliśmy leżeć plackiem na plaży, katować treningową rundę milionowy raz w nadziei, że tym razem trafimy na jakąś nową atrakcję (np. spotkamy dinozaura) albo pojechać leżeć plackiem na plaży lecz w Chorwacji… i wiadomo co wybraliśmy . W nocy ze środy na czwartek spakowaliśmy samochód, zabraliśmy ręczniki olejki do opalania i rowery – w razie gdybyśmy chcieli pojechać wieczorem po bułki do piekarni. Stare Trio(Krzysiek, Mateusz, Bartosz) siedziało już wygodnie w fotelach samochodu gotowi do drogi, gdy nieoczekiwanie w szybę zapukała Michalina (żona Bartka dla niewtajemniczonych) – „hola, hola!! A Ty gdzie ! Marsz do domu .. po moja walizkę!” No tak jechać w wakacje do Chorwacji na plaże bez żony to karygodne niedopatrzenie. Nasz skład powiększył się do czterech osób i ruszyliśmy w końcu łapać słońce.

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/LOVRAN/foto.jpg{/gallery}

 

Po 14 godzinach znaleźliśmy się na miejscu, a słońce właśnie zaszło a w prognozie zapowiedzieli opady … takie szczęście. Ale nie ma tego złego, na wejściu do hotelu gdzie rozbiliśmy biwak wisiał plakat „ UCKA UCI MTB MARATHON SERIES” tak się akurat złożyło że byliśmy w dobrym miejscu i dobrym czasie, do tego mieliśmy rowery i Michalinę- na bufet J PERFECT !!! W piątek rano zamiast na plaże pojechaliśmy zobaczyć co przygotował organizator, mimo iż wyścig dopiero w niedziele, to cała trasa już była oznakowana! Jechaliśmy bez pudła, prawo , lewo, góra, dół, pomylić się nie było opcji. Każda boczna droga była „ospreyowana” iksem i od razu wiedzieliśmy, że skręciliśmy źle. Poznaliśmy pierwsze 15km trasy więc wypadało też się zorientować, jak wygląda końcówka trasy. Odbiliśmy w stronę finiszowego zjazdu.

 

Zaczęło się przyjemnie: szybki szeroki zjazd, trochę zakrętów, kilka kamieni i to było by na tyle. Potem pojawiły się single, kamienie, skalne dropy, techniczne odcinki. Bartosz jechał pierwszy jak na lidera przystało, Krzysiek doświadczony wiedział że wyścig jest w niedziele, Mateusz gorąca głowa ruszył za Bartkiem … Zrobiły się małe przerwy między chłopakami na zjeździe, a ułańska fantazja najmłodszego zarządziła przerwę. Chwila snu na kamieniach a po nim kilka pytań i wrzut z serii „ będziesz żył?”, „ leciałeś jak Małysz”, „kurde mówiłem lądowanie z telemarkiem” przywróciły Mateusza do życia. Nie wyglądał tak źle chociaż wiadomo było, że bez szycia kolana się nie obejdzie. Dzień zakończył się jednak słonecznie, kolano zszyli, kąpiel w morzu zaliczona ( Kulhavy tylko nie dokulał się do wody 🙂 ). Wieczorem spotkaliśmy się jeszcze z organizatorami wyścigu, którzy bardzo pomagali Nam w organizacji całego wyjazdu.

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/LOVRAN/trasa.JPG{/gallery}

 

W sobotę za wiele czasu nie było. Bartosz i Krzysiek pojechali na przejażdżkę (1000m w pionie) Mateusz tułał się po aptekach a Michalina łapała heban na plaży. Wydawało by się, że wszystko pod kontrolą poza małym szczegółem – wieczorem przyszły ulewy i wiadomo było że niedzielny wyścig będzie szkołą przetrwania.

 

Niedziela : 06:00 – „Kulhavy, wstawaj ! rozgrzewaj się ! „  takimi słowami Krzysiek obudził Mateusza. Za oknem co prawda już nie padało, ale górskie szlaki z pewnością nie wyschły. Naładowani śniadaniem czekaliśmy na godzinę ZERO – 09:30hrs.  Ustawienie na starcie według numerów startowych i kategorii było ciekawym rozwiązaniem. Każdy zawodnik był wyczytany przez sędziego, a następnie ustawiony na starcie i tam miał stać ! Przenosząc to na Polski rynek wyglądało by to tak że zawodnicy kategorii powiedzmy M2 ustawieni zostali w przykładowo w setnej linii i tam mieli stać, może i to setna linia ale wszyscy Twoi konkurenci stoją obok Ciebie i to jest dobre rozwiązanie.

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/LOVRAN/foto1.jpg{/gallery}

 

Po starcie czekało nas 30km podjazdu, wysokie tempo od razu ustawiło cały peleton, każdy jechał swoje gonitwa w trupa boleśnie odbiła by się w dalszej części trasy. A co dalej, no właśnie, błoto, kamienie, ścianki do wspinaczki oraz długie podjazdy dawały w kość. Nie brakowało miejsc gdzie włączaliśmy tryb „SIDI ON” zarówno na podjazdach jak i zjazdach. Na mecie meldowaliśmy się ze startami do lidera, Krzysiek dojechał na 15 pozycji, Bartosz dwa oczka niżej – 17 lokata. Chłopaki z pewnością liczyli na więcej jednak na pocieszenie zostaje im fakt kwalifikacji na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata w maratonie !  W wyścigu amatorów zaskoczył z pewnością Mateusz, nie dość że ukończył wyścig ( po cichu Krzysiek z Bartkiem obstawiali, że z tą nogą będzie ciężko) to jeszcze wygrał!  Pokazał jak ważna jest psychika, przed wyścigiem nie był w stanie zgiąć nogi, po przekroczeniu linii mety musiał się podpierać o barierkę i nie był w stanie wpiąć się ponownie w pedał, ale pojechał wyścig życia. 

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/LOVRAN/pudlo.JPG{/gallery}

 

 

Cały wypad nie miał by sensu bez Michaliny, nie dość że chwyciła trochę adriatyckiego słońca, to zrobiła fenomenalną robotę organizując bufet na trasie. Chłopaki jechali w komforcie, mając pewność,  że będą mieli zaopatrzenie na trasie i nie padną po 30km. Podziękowania oczywiście też dla organizatorów którzy bardzo mocno pomogli nam w całym wyjeździe !

 

Mateusz Zadanowicz