Z Wejherowa wróciłem na tarczy. Wyścig bardzo słaby w moim wykonaniu. Miałem kilka dnia na analizę przygotowań. W tym miejscu najłatwiej szukać błędu w treningach bo to najszybsza droga przyczynowo-skutkowa, ale objawy jakie miałem w Wejherowie nie świadczyły o złym poziomie sportowym lub niedociągnięciach treningowych. Od jakiegoś czasu zauważyłem, że mój organizm nie ma już takiej tolerancji na zmęczenie. Ciężko jest mu oddać zysk z lokaty jaką są ćwiczenia fizyczne. Z upływem lat coraz większe znaczenie dla wyniku sportowego ma to co się dzieje wokół treningu aniżeli realizacja samych ćwiczenia i pierwsze co trzeba zrobić to zadbać o odpowiednie otoczenie do realizacji planu. Mam nowe wyzwanie, któremu chcę sprostać.

Zacząłem analizować treningi oraz ostatnie starty. W każdym treningu miałem nowe dziwne odczucia. Takie napompowane nogi i tak jakby w żyłach zamiast krwi pływał kisiel. Przytykało mnie zawsze kiedy chciałem jechać mocniej, a każdy ruch korbami był mało komfortowy. Na taki stan organizmu miało wpływ kilka czynników właśnie tych około treningowych. Parę lat temu jakąś „niedyspozycję” przepalałem na pierwszym lepszym treningu a teraz silnik zatkał się na dobre.

Cała zabawa polega na tym, że mięśnie szkieletowe, serce, mózg zarówno produkują jak i spalają mleczany. Najsprawniej usuwa mleczan wątroba oraz nerki. U mnie turbina była zatkana i wyraźnie to czułem. Zbierający się dwutlenek węgla nie był wykorzystywany we wtórnym obiegu tylko zatykał wydech. Postanowiłem zaryzykować i wykonać specjalny trening jeszcze w sobotę przed wyścigiem. Na realizację wcześniej nie miałem czasu a odpowiedni koncept przyszedł dość późno.

W sobotę rano przyszedłem szybciej do pracy. Już od 7 rano naprawiałem sprzęt żeby wcześniej pojechać na zaplanowane ćwiczenia. Jak to bywa w soboty, zainteresowanie naprawą rowerów duże, na trening wychodziłem 60 min, kochani klienci mnie atakowali ;-).

Trening był prosty. Bardzo lekkim ale długim kręceniem starałem się przepalić system. Lekki trening na poziomie aktywnej regeneracji ale o dość długiej objętości idealnie stabilizują funkcjonowanie organizmu, rozładowuje napięcie i daje dużo energii. Warunek jest jeden: jazda musi być długa i spokojna. Nic nie uzyskamy kiedy pojedziemy szybciej i krócej. Specjalnie przed treningiem nic nie jadłem. Na jazdę zabrałem tylko dwa pełne bidony. Kręciłem bardzo spokojnie po okolicznych ścieżkach leśnych co chwila popijając napój, izotoniczny raczej. Dopiero po 2 h jazdy coś puściło. Mięsień zaczął normalnie pracować. Kręciłem  kolejne 40 minut aż do kompletnego wypalenia. Na koniec odkręciłem gaz i noga zaczęła kręcić odpowiednio, to było to!

Na wyścigu w Stężycy było dużo dużo lepiej, aczkolwiek nie był to jeszcze mój poziom. Wyścig plaski i nerwowy. Tym razem startowałem z pierwszego sektora. Na linii startowej byłem trochę przyblokowany, ale po chwili znalazłem się na  odpowiednim miejscu. Janek Czapliński mocno pracował na początku i idealnie „wyprowadził” mnie na sekcje rodem z CX. Przed „piachem” zmieniłem tor i na pełnym gazie przejechałem przez ten krótki techniczny element. Odrazu uzyskałem przewagę. Doskoczył do mnie Daniel Majkowski i mocno pociągnął, zrobiła się delikatna luka którą szybko zespawał Piotr Rzeszutek. Później jechaliśmy zgrają pod dyktando Daniela. Wykonałem jednego skoka, bąka zwiadowcę, żeby zobaczyć co się dzieje. Rzeszut Team odrazu zerwał się i dociągnął peleton. Kurcze z tym gościem będzie cięzko. Piotr kasuje wszystko ;-). Do wykonania ataku musiałem poczekać aż będzie przyblokowany lub zejdzie na dalszą pozycję. Na miejscu Lwa z Lęborka puściłbym takiego kowboja jak ja. Nie byłem zagrożeniem w generalce.  Na barkach lidera, grupie Trek Gdynia,  spoczywałaby pogoń za uciekinierem a wtedy różne kombinacje można było przygotować. Albo Piotr jest tak mocny, że bez problemów opędzluje ostatnią edycję w Rumii albo gra cały czas tą samą melodię. Szkoda, że nie jestem na poziomie Michała Bogdziewicza albo nie ma z nami Bartosza- taktycznie byśmy to rozpykali 😉.

Kłopoty ze sprzętem miał lider Tomek Repiński. Coś mu się wkręciło lub coś źle zagrało. Odrazu zaatakowałem. (później gryzło mnie sumienie, że takich akcji nie powinienem robić, Tomek później podjechał i podziękował mi za nieładne zachowanie, przeprosiłem go na mecie). Wcześniej na chwilę zjechałem na 5-6 pozycję ale tam było mega niebezpiecznie bo leżących patyków było od groma i wszystko latało w powietrzu. Jak to zobaczyłem odrazu przeskoczyłem do przodu. Lider jadąc z tyłu musiał wiedzieć, że bierze na siebie ryzyko, że coś w końcu wpadnie w koło. No i wpadło. Gdyby sytuacją była jeden na jednego to bym nie uciekał, ale przy tak dużej ekipie trzeba było rozerwać peleton a to był dobry moment (nie?). Poszedłem pełnym ogniem, było kilka fajnych zakrętów, później jakaś górka i kawałek prostej, dałem z siebie wszystko. Michał Bogdziewicz i Daniel Majkowski byli na kole, doskoczył też Piotrek Rzeszutek i Przemek Ebertowski. Dobra ekipa.

Zjechałem na kitę bo już nogi napompowane. Michał i Piotr zaczęli prać jeden przez drugiego, non stop płyta-ocha. Daniel nie wychodził na zmianę- był podgotowany, ale też nie musiał i nikt od niego tego nie wymagał. Ebert też nie musiał, wyraźnie czekał na lidera, aczkolwiek jego strata w generalce jest niewielka. Trek Gdynia mógł walczyć na dwa fronty. W pierwszy z najtrudniejszych podjazdów wjechałem mocno zmęczony, przytkało mnie, w tej samej chwili dogonił nas Repiński. Z przodu cisnął Rzeszutek. Zostałem z Ebertem i Repą. Trójka: Bogdziewicz, Rzeszutek , Majkowski odjeżdżała. Tomek wziął na swoje barki pogoń za uciekającą trójką. Wspólnie z Ebertem wisieliśmy na jego kole. Byłem bardzo zmęczony, na chwilę wyluzowałem ramiona i straciłem koncentrację– przednie koło mi uciekło, gleba!

Szybko się pozbierałem ale miałem już wyraźną stratę. Za kolejnym zakrętem, patrzę… leży Michał, no nie. Bodzio szybko się poskładał. Miał jeszcze chwilę czasu na prostowanie kierownicy. Michał mijał mnie 15 sekund później zachęcając okrzykiem na złapanie koło. Akurat byliśmy na drugim ciężkim podjeździe…. mówię pass. Sytuacja wyglądała tak, że Rzeszut poszedł solo. 4 zawodników jechała 20 sekund za nim. Ja 20 sekund za grupą. Najłatwiej wtedy było wykonać przeskok,  bo w pewnym momencie miałem 15 sekund, tak Robert wtedy trzeba było zrobić przeskok!!!. Liczyłem stratę na liczniku odmierzając czas do punkt, który przed chwilą minęła grupa. No i tak jechaliśmy do końca pierwszego okrążenia. Krwawiłem ja i krwawił Pioter. Grupa lidera celowo trzymała go na haczyku, żeby się trochę chłop wyciął. Dopadli go dopiero na początku drugiej rundy i to był świetny ruch taktyczny. Tam nie wiało tak mocno i nie można było wykorzystać siły peletonu. Dużo zakrętów sprzyjało utrzymaniu przewagi która mogła się powiększać. Na drugiej rundzie miałem 30 sekund straty. Trzymałem bardzo mocne tempo ale grupa z wszystkimi najważniejszymi zawodnikami tego turnieju zaczęła przyspieszać. Ostatni raz spojrzałem się do tyłu- nikogo nie było. Złożyłem się nisko. Trzymając równy rytm pokonywałem  kolejne kilometry trasy w samotności. Bez oglądania się. Do samego końca szło bardzo dobrze, tętno było odpowiednie, noga się kręciła, nie miałem kryzysów.  Czas jaki uzyskałem jadąc solo jest bardzo dobry.

Na tą edycję miałem specjalnie przygotowany rower, zmieniłem z tyłu kasetę na 11 rzędową szosową o rozpiętości 11-28 przy zębatce 36 z przodu. Bardzo dobrze pracowała na niej przerzutka Sram Eagle. Idealnie mi to pasowało bo miałem ciasne stopniowanie na płaskich sekcjach i mogłem jechać w idealnym rytmie. Dodatkowo zmontowałem nasadkę AERO na kask. Nie wiem na ile mi pomogła, psychicznie czułem się szybszy ;-). Przyciąłem również numer startowy żebym mógł komfortowo trzymać zaciśnięte dłonie na przyśrodkowym chwycie.

foto. Tomek Ferenc