Dzień w którym odbył się wyścig szosowy w Pelplinie kończył długą falę upałów. Zawsze ze zmianą temperatury przychodzą gwałtowne burze i wiatry. Na szczęście w Pelplinie burze nas ominęły, ale wiatr hulał mocno. Trasa na papierze wyglądał na łatwą bez odcinków sprzyjających atakom i selekcji. Ze względu na trapezowy układ trasy i konkretne wietrzycho na pozór nietrudna runda okazała się wymagającą i techniczną przeprawą.

Ranty to kolarskie ściganie na bocznym wietrze. Kolarz lub drużyna który/a chce rozerwać peleton, zjeżdża do krawędzi jezdni zgodnie z kierunkiem wiatru, nie dając możliwości schowania się za kołem rywalowi. Rantować może jedna osoba lub grupka kolarzy z tak zwanym „konduktorem” jadącym na końcu bez zmian. Jego zadaniem jest dyrygowanie zespołem i jechania po krawężniku tak żeby nikt nie mógł schować się za jego plecami lub żeby nie mógł włączyć się do pracy grupki. O ile atak jednego zawodnika jest do przełknięcia to ostra praca grupy nie daję zbyt wiele możliwości nawet bardzo silnym kolarzom, którzy na siłę próbują podążać za szpicą. Wcześniej czy później taki śmiałek strzeli pozostając bez sił. Na szybko można odbić i próbować zorganizować drugi pociąg, drugi wachlarz. Taki ruch rzadko jest odczytywany w wyścigu amatorskim przez innych współuczestników gonki. Dopiero kiedy tempo opadnie zaczyna się jakaś współpraca. Niestety jest już za późno

W naszej podwórkowej rywalizacji brakuje zespołów umiejących  na sygnał stworzyć grupą rantującą lub pościgową. Jest kilku zawodników, bardzo mocnych, którzy potrafią przetrzymać drobne ataki na rantach. Tak naprawdę wystarczy jedna przygazówka, żeby dokonać selekcji całego pomorskiego peletonu.

Teoretycznie byłem przygotowany celująco, sprzętowo również, rywali znam bardzo dobrze, a  fizycznie …? Tutaj wystawię sobie ocenę  dostateczny z dużym plusem. Moc jest dużo lepsza niź na początku sezonu, powoli zaczynam łapać nogę, bo zawsze tak mam, że  jesień jest moim wiodącym okresem wyścigowym ze  szczytem formy na przestrzeni całego roku. W porównaniu do początku sezonu już teraz kręcę 15-20 wat więcej na progu. Wzrost formy jest ściśle związany ze stabilizacją pracy w serwisie. Nie ma takiej gorączki i trening stają się bardziej efektywne- przynoszący oczekiwane efekty. Organizm znowu potrafi oddawać. W najbliższym czasie będę podnosił  intensywność wysiłku i podkręcał śrubkę wprowadzając oprócz coraz to bardziej ukierunkowanych zadań, dietę, ćwiczenia ogólnorozwojowe, siłowe  i rozciągające.

Pierwsze kilometry wyścigu wiodły trasą pod wiatr. Już od samego początku kilku kolarzy próbowało odjazdów. Brawa dla nich za odwagę i próbę sił. Każdy powinien choć raz spróbować, żeby zobaczyć jak to jest. Trzeba tego doświadczyć. Siła wiatru momentalnie cofała uciekinierów z powrotem do peletonu, który  nie musiał się specjalnie rozpędzać żeby kasować odjazdy. Uciec na solo pod wiatr to rzecz prawie że niemożliwa. Andrzej Kaiser występujący gościnnie w Cyklo kilka razy grzał nogę podkręcając znacznie tempo. Kilkadziesiąt metrów na zmianie rozgrzewał się późniejszy zwycięzca Nikodem Grzenkowicz. Andrzej znam bardzo dobrze, przejechaliśmy razem mnóstwo kilometrów treningowych i wyścigowych. Wiedziałem, że to on będzie rwał peleton, ponieważ te zawody były dla Cesarza sceny maratonów MTB ostatnim szlifem przed etapówką a po za tym Andrzej bardzo lubi takie akcje. Jeździłem po czubie czekając na zmianę kierunku trasy. Kiedy zauważyłem ostry zakręt w lewo byłem na około 20 pozycji. Przed zakrętem mocnym szarpnięciem przeskoczyłem do przodu. Kilku harcowników było może 50 metrów przed grupą. W tym samy momencie Kaiser też poderwał się do akcji. Nasze ruchy odbyły się w tym samym momencie ale ja nie zdążylem złapać koła Andrzeja i tak z 1 metrową stratą  podążałem za plecami kolegi z Bytowa. Odrobić 1 metr na rancie to jak zniwelować 20 metrów pod górkę. Momentalnie dogoniliśmy harcowników. Andrzej wyprzedzał ich jak narciarz szosujący pomiędzy tyczkami cały czas zjeżdżając do lewej strony na przysłowiowy rant. Kurczę, przeliczyłem się z siłami, nie zapiąłem koła. Ten atak pomimo wzorcowego ustawienia wyczerpał mnie kompletnie. Z tyłu czułem oddech innych zawodników, którzy z zaciśniętymi zębami próbowali trzymać tempo i nie odpaść z grupy. Nie dałem rady. Żeby nikogo nie blokować odbiłem maksymalnie do prawej na chwilę odpoczynku i  złapanie oddechu. W przeciągu 10 sekund wyprzedziła mnie połowa peletonu. Na szpicy szedł taki zaciąg że momentalnie zawodnicy startujący na długim dystansie  poszatkowali się na strzępy. To były akcje, które decydowały o losie całego wyścigu. Po chwili ból nóg ustąpił i mogłem próbować dalej. Cały czas odbywały się przetasowania, jedni odpadli drudzy przeskakiwali do przodu tworząc mniejsze i większe peletony. Po około 1o minutach chaotycznych ruchów tempo się ustabilizowało. Z przodu jechała czwórka Kaiser, Arkadiusz Petka, Piotr Polus i młodziutki Nikodem Grzenkowicz reprezentujący GKS Cartusia Kartuzy. 2 grupę tworzyło 8 zawodników gdzie były 3 koszule ekipy LTM Master Team, i dwóch wyróżniających się zawodników: Krzysztof Bertrand  i Robert Zembroń- forma wyborna. Nie mam zbyt dużo informacji co dokładnie działo się w tych „pociągach”. Z czołowej czwórki niespodziewanie urwał się młody Nikodem. Starsi zawodnicy oglądali się jeden na drugiego i nie kwapili do pogoni. Chwilę nieuwagi bezbłędnie wykorzystał zawodnik Cartusia Kartuzy i spokojnie wjechał na metę. Andrzej Kaiser na czwartym miejscu zadowolony z formy i bardzo dobrego treningu. W drugiej grupie pięknym finiszem popisał się Bertrand (ASE Trek Gdynia). Na wysokiej pozycji zameldował się Robert Zembroń (Old School Gdańsk), który od dłuższego czasu solidnie trenuje. Swoją formę przygotowuje na obczyźnie łącząc pracę na kontrakcie z treningiem kolarskim. Łatwo nie ma, ale takie wyścigi na pewno mobilizują do dalszego działania.

W mojej grupce praca układała się w miarę dobrze. Nie załapałem się w pierwszy garnitur, więc nie pozostało mi nic innego jak solidna praca. Nie obijałem się na zmianach. Kilka razy zjechałem na tył grupy, żeby złapać oddech i zjeść batonika. Tam było ciężko i chaotycznie, więc momentalnie przebijałem się na czub i ponownie włączałem do harówki. Na kicie było gorzej bo brakowało miejsca na schowanie się przed wiatrem i trzeba było jechać poboczem po trawie żeby łapać koło-skarpetek nie chciałem pobrudzić. Peletonik rozciągał się jak guma i tempo było nierówne. Nasza grupa topniała. Na takich wiatrach pozostanie 5 metrów za peletonem może być zgubne- przekonało się o tym wielu. Kilka raz pracę zespołu psuł jakiś ambitniejszy. Mocne podkręcenie tempa rozbijało pracę na wachlarzu i zamiast jechać równo do przodu musieliśmy poświęcić czas i prędkość na ponowną organizację. Oczywiście było kilku kolarzy, którzy nie kwapili się do pracy a później ożywali tuż przed metą. Następnym razem trzeba ich zerwać, trzeba próbować, nie ma miejsca na litość, nie ma miejsca na akceptację takiego układu ;-). Honorowych osób jest mało. Tylko Dariusz Baranowski, który nie pracował ale też nie przeszkadzał, zachował się jak dżentelmen, uszanował pracę innych i przyjechał ostatni z naszej ekipy.

foto: Tomek Ferenc