Dwadzieścia sześć funtów na cal kwadratowy wciśnięte w szytkę Challenge dawały specyficzny pomruk kiedy wjechałem na jeszcze nie rozjeżdżoną trasę Mistrzostw Europy w CycloCrosie. Za każdym dociśnięciem korby ryk jednych z bardziej agresywnych tubularów wzmagał się w pozbawionej jeszcze wrzawy kibiców czeskiej miejscowości Tabor. Przyspieszone koło na Limusach wyrywało kolejne strzępy trawy z błotem z gładkiego jak murawa piłkarska terenu. Znalazłem się w wyjątkowym miejscu.

Ostatnio moja kariera ex zawodowego sportowca nabrała takiego przyspieszenia na którego nie ma odpowiednio mocnego hamulca. Wszystko przebiega bardzo dynamicznie tak samo jak dynamiczne są zawody w kolarstwie przełajowym. Jestem 100% mountanbajkerem? ale brak czasu w sezonie od kilku lat coraz mocniej kierował mnie do jesienno-zimowych wyścigów. Niestrudzone działania ze strony Michała Józkowicza namawiającego mnie od kilka sezonów do startów w końcu przyniosły efekt. Tak, bez mocnej ekipy i pomocy większej grupy taki zwrot akcji nie miał by siły przebicia. W tym miejscu wielkie podziękowania dla Diversey Team a w szczególności dla Michał, który to wszystko zaaranżował.

Mam mało kilometrów przejeżdżonych na rowerze przełajowym. Na Cannondale SuperX, który obecnie posiadam nie przejechałem więcej niż 500 kilometrów. Przyzywczajony jestem do szerokich prostych kierownic MTB na których zdecydowanie lepiej prowadzi mi się rower. W przełajówce głównie jeździłem na dolnym chwycie, ale ta pozycja nie dawała mi dobrej trakcji. Ok, czułem się bezpiecznie, ale rower nie jechał tam gdzie chciałem. Oglądałem zawody Pucharu Świata i tam wszyscy zawodnicy „jeżdżą na klamkach” więc nie pozostało mi nic innego jak nauczyć się nowego, starego, chwytu. Kilka razy przeglądałem herosów tego sportu i filtrowałem jak układają ręce i jakich kombinacji ułożenia palców używają podczas pokonywania różnego rodzaju terenu. Pierwsze treningi były bardzo trudne, jeździłem wolno i cały czas myślałem, że wyrwie mi zaraz kierownice z rąk. Za żadne skarby świata nie łapałem za dolne rurki. Po około 5 treningach zaczęło mi wychodzić, rower zaczął się perfekcyjnie prowadzić, miałem komfort dynamikę i idealną trakcję. To było to czego mi brakowało.

W Taborze łapałem kolejne doświadczenia. Tam to w ogóle był świetny poligon dla wszystkich, którzy chcieli szlifować kunszt kolarstwa przełajowego. Piękna trasa z super podłożem i niezliczoną liczbą różnego rodzaju zakrętów dawały tyle frajdy, że trudno było opuścić to miejsce. Pierwsze przejazdy były trudne. Trzeba było znaleźć odpowiedni rytm, prędkość i przełożenia, aby pokonać najtrudniejsze elementy na trasie. Z czasem każdy z nas łapał to flow dzięki, któremu trudne elementy stały się łatwiejsze do sforsowania. Trasy trzeba było się nauczyć. Dzień przed sobotnimi startami w Taborze trenowało sporo zawodników, ale nie było widać jeszcze asów tego sportu. Zamiast jeździć samemu podczepiałem się pod wagony klasowych „Riderów” i podpatrywałem jak poruszają się po trasie. Miałem problemy na kilku fragmentach. Był taki jeden trudny zakręt z koleiną na środku. Trzeba było w nią wjechać, żeby zakręt pokonać jak po szynach, tylko bardzo trudno było się w tej szynie utrzymać. Kilka razy jeździłem za kadrą Francuzów starając się wyłapać tą magiczną sztuczkę. Zauważyłem, że Francuzi kontrolowali trakcję na tym odcinku używając tylko tylnego hamulca. Faktycznie taki ruch pozwolił na to żeby przednie koło toczyło się bez zakłóceń a tylne zwalniane lub wspomagane pracą łańcucha finalizowało bezbłędny przejazd.

Już kilka lat temu odkryłem u siebie pewną zdolność do wyłapywania szczegółów u innych, dotyczących zarówno sprzętu jak i techniki jazdy na rowerze. Każdy taki obraz rozkładam na czynniki pierwsze starając się zrozumieć motorykę ruchu, sposób działania a zarazem staram się odnaleźć metody do wyćwiczenia tych  kombinacji. Każdy taki przejazd za lepszym zawodnikiem wnosi bardzo dużo dla rozwoju mojej pasji.

Udało mi się namierzyć w tłumie zawodników tego najlepszego. Van Der Pol trenował na trasie. Takiej okazji nie mogłem odpuścić. Zaraz siadłem mu na koło, zachowując delikatny odstępu, żeby nie rozpraszać Mistrza a zarazem mieć odpowiednio duży ekran do śledzenia techniki jego przejazdu. Pomimo, że Andy jechał spokojnie to ciężko było za nim nadążyć. Trzy cechy wyróżniały go spośród wszystkich którzy tam jeździli. Przyspieszenie, płynność przejazdu i błyskawiczna reakcja na zmiany. Przyspieszenie było niesamowite szczególnie jak Van der Pol wychodził z zakrętu, żeby tak przycinać zakręty trzeba było mieć odpowiednią moc i połączyć ją z płynnością pokonywania wiraży. Nie miałem szans utrzymać się za nim na zakrętach. Z czasem wyczaiłem o co tutaj chodzi. To głównie sprawa ułożenia stóp i balansu ciałem pomiędzy nogą wykroczną a zakroczną. Technika jest już mi znana teraz pozostało jej szlifowanie. Wyłapałem bardzo dużo innych fajnych metod i technik przejazdu. Mam nadzieję, że Holender nie wystawi mi rachunku, bo za taką lekcję musiałbym słono zapłacić.

Pełen wrażeń, odpoczywałem, czekając na start….