Tym razem na wyścig jechałem sam. Lubię taką sytuację. Mam spokojną głowę, mogę zrelaksować się w samochodzie. Nikt ode mnie nic nie chce, nie ma żadnych głosów, które rozpraszają moje myśli. Jestem na chwilę sam ze sobą, czuję się wolny.  W bagażniku miałem największą torbę z Ikea wypełnioną wszystkimi niezbędnymi rzeczami. Koszulki, potówki, bidony, żele, nogawki, rękawki, skarpetki. Wszystko w nieładzie, wymieszane, ale dla mnie łatwe do odszukania. Dwa bidony z izotonikiem 650 ml leżały gdzieś z boku wielkiej torby. Jeden włożyłem w koszyk a drugi do kieszeni i pojechałem zostawić go gdzieś na trasie. To jeden z moich sposobów na dodatkowe paliwo podczas biegu. Bidon zostawiłem na drugim podjeździe. Ukryłem go w krzakach. Nie było to najlepsze miejsce bo cały czas któryś z zawodników mi przeszkadzał, a nie chciało mi się tłumaczyć co robię i dlaczego. Rozgrzewałem się spokojnie bez żadnych przyspieszeń. Ubrany ciepło, szybko załapałem wyścigową temperaturę. Zjechałem do auta na nasmarowanie nogi żelem rozgrzewającym i pojechałem ustawić się na starcie.

Godzina ZERO

Przed godziną Zero na starcie było już sporo zawodników. Faworyci zaczęli zjeżdżać się od frontu pierwszego sektora startowego na 6-7 min przed startem, rozgrzani, opatuleni w ciepłe uniformy, które gotowi byli zdjąć tuż przed samym rozpoczęciem wyścigu. Dobra rozgrzewka i trzymanie ciepła do samego gwizdka miało decydujący wpływ na pierwsze kilometry trasy, które nie były łatwe a mogły wpłynąć na przebieg rywalizacji. Na sam koniec podjechał lider imprezy Łukasz Derheld, po bardzo mocnej rozgrzewce, aż pot mu kapał z czoła. Dre wyjął słuchawki z uszu, i stanął na środku stawki. Bartosz, Joanna i Bodzio na spokojnie, pełen luz. Ja byłem lekko spięty, ale tak pozytywnie. Chciałem wejść w odcinek błotny na wysokiej pozycji. Ten fragment zaraz po starcie bardzo mi się podobał.

Ruszyliśmy. Dre objął prowadzenie. Ja na drugim miejscu. Początkowo mocne tempo opadało. Łukasz szukał najlepszej ścieżki na podjeździe po kocich łbach, ja jechałem na gazetę za nim. Prawą stroną poszedł kontratak Eberta, który jechał ciut szybciej. Przeskoczyłem z koła na koło i trzymałem drugą pozycję. Przed wjazdem na błoto straciłem drugie miejsce. Noga mnie swędziała, żeby przyspieszyć… Po pierwszych metrach wyścigu rozpoczął się dramat lidera cyklu. Jakiś patyk wkręcił się mu w przerzutkę. Lider musiał się zatrzymać i tyle go widziałem….Łukasz później gonił, próbował, walczył. To nie był jego dobry dzień.

Błoto jak na Pucharze Świata w Cyclo Cross

Na trasie było wiele odcinków błotnych, identycznych jak na najlepszych trasach międzynarodowych zawodów w kolarstwie przełajowym. Opanowanie roweru na śliskim błocie trzeba wyćwiczyć. Z pewnością dobrej trakcji sprzyjają opony, węższe o bardziej agresywnym bieżniku, ale to nie wszystko. Opona węższa jest dlatego, ponieważ łatwiej jest się jej przebić do bardziej twardego gruntu. Zawodnicy najczęściej podczas wyścigów błotnych jeżdżą na niższym ciśnieniu, które znacznie zwiększa przyczepność. Czołówka jechała na wartościach od 0.9 do 1.4 bar i oponach bardziej uniwersalnych niż błotnych. Generalnie liczy się technika. Po błocie jeździmy z kierata (twarde przełożenie). Moc, energia nie może być szarpana, najlepiej jakby była jednostajna. Sztuką jest wyczuć moment przyczepności. Kiedy koło wjeżdża w błoto nie należy od razu depnąć tylko ciut poczekać aby opona siadła i złapała dobry grunt i wtedy, równo przycisnąć, zagarnąć nogą a nie tłoczyć ;-).  Ułamek sekundy decydujący o tym czy koło się obróci do przodu czy zabuksuje. Najlepsi zawodnicy robią to tak płynnie, że obserwator z boku widzi tylko przejeżdżający równo rower. Słabszy technicznie zawodnik tańczy po czym schodzi z roweru.

Równa jazda, dziura Przemka, Wystrzał Bartosza

…Zawodnik King Oscar zyskał kilkumetrową przewagę. Nie kleiłem specjalnie do jego koła, jechałem swoje. Reszta stawki zaczęła mnie wyprzedzać. Najpierw Daniel Majkowski, później Michał Bogdziewicz. Ustępowałem im miejsca bo taki układ mi zarąbiście pasował. Mogłem każdy podjazd pokonać wolniej o 3-5 metrów. Zawodnik zza pleców mnie wyprzedzał a na szczycie i tak łapałem koło mini grupy, cały czas podążając w szpicy peletonu. Wyprzedził mnie Bartosz i Krzysztof Krzywy.  Jechałem spokojnie za nimi, doganiając towarzystwo na zakrętach i zjazdach. Tam gdzie trzeba było korzystać z koła to byłem na kole. Bartosz szybko wysunął się na pierwsze miejsce. Za sobą miał dzielnie walczącego Przemka. Bartosz zachował się tak jakby wyczuł słabość kolarza z Gniewina, zaczął podkręcać tempo a Przemek puszczał koło. Metr, dwa metry, 5 metrów, 10 sekund. Przewaga bialo-czarno-zielonego Cannondale rosła. Gdyby zamiast Przemka jechał Bodzio albo Joanna to Bartoszowi by tak łatwo nie poszło, a tak BB zyskał przewagę. Ebert tak jakby był po jego stronie, zrobił dziurę i zblokował resztę zawodników. Pomimo, że Krzysztof i Michał szybko skapnęli się o co chodzi to przewaga była już całkiem pokaźna. Zawodnik Nexus Team ruszył w pogoń. Na kole miał Aptekę Gemini, Kinga Oscara i mnie cały czas spawającego grupę. Daniel Majkowski gdzieś został na 4 podjeździe, walczył ambitnie a początek wyścigu miał bardzo dobry. Tak jechaliśmy spory kawałek, tylko Przemek cały czas robił luki. Jechałem  swoim wysokim rytmem, odpuszczałem i doganiałem zawodników. Rozpędzałem się tam gdzie było najłatwiej, zwalniałem tam gdzie było najtrudniej, cały czas mięciutko, na wysokiej kadencji. W ten sposób najmniejszym kosztem jakim się dało trzymałem dobrą pozycję. Ciąłem zakręty, wybierałem jak najlepsze tory jazdy.

Przemek w pewnym momencie w ogóle odpuścił a dwójka zaczęła odjeżdżać dość szybko. Za długo czekałem, kiedy zerwałem się w pogoń było już za późno. Wisiałem jakieś 10-15 sekund za duetem jadącym na Treku i Mondrakerze. Nie mogłem za cholerę zlikwidować tej różnicy. Na odcinkach bardzo trudnych delikatnie odrabiałem, ale momentalnie traciłem kiedy wyjeżdżaliśmy na płaskie etapy. Miałem tylko dwa rozwiązania, albo skokiem tu i teraz albo jadę swoje. Trochę przestraszyłem się dystansu, wolałem jechać spokojniejszym rytmem. Spodziewałem się, że zaraz dojdzie mnie jakaś grupka. Wessałem żela, napiłem się  i przeszedłem do trybu eco diesel. Pod koniec pierwszej rundy gdzieś w oddali widziałem jeszcze rywali. Za moimi plecami nikogo nie było. Poczułem się zmęczony ale wyraźny kryzys nie przychodził. Wjechałem na drugą rundę. Oczywiście po bidon się nie zatrzymałem, skorzystałem z bufetu organizatora. Na całe szczęście „bufeciarze” na drugiej rundzie mieli już odkręcone butelki z wodą. Na finałowym okrążeniu, walczyłem z samym sobą. Docierały do mnie informacje z trasy, że Bodzio doszedł Bartosza i jadą razem, że Krzychu traci dystans, ale nie reagowałem zmianą tempa na te informacje. Siły w końcu opadły. Jakoś tam jeszcze jechałem i sforsowałem wszystkie najsztywniejsze podjazdy, te bez błota. Skórcze mnie tym razem ominęły choć noga była ubita. To zasługa rozciągania i rolowania od jakiegoś czasu. Jak już wjechałem na ostatnie single to tak jakbym był na mecie. Końcówka trasy była rewelacyjna.

Cieszę się z 4 miejsca, bardzo się cieszę z wygranej Bartosza. Super Pojechał Michał. Cały czas mój organizm umie i może szybko jeździć. Robiłem co tydzień  postępy a i tak tracę do  Elity na dużym dystansie,  najwięcej w końcówce wyścigu. Tak jak pisałem wcześniej, żeby zmniejszyć dystans do tuzów z pomorza potrzebuje minimum 6-8 m-cy systematycznej pracy i przynajmniej 5- 7 startów na długich dystansach przy ograniczeniu pracy zawodowej. Sumując jest to rok przygotowań i wiele wyrzeczeń. Z czysto ekonomicznego punktu to nierentowny biznes. Patrząc z innej perspektywy to sukcesy w okręgu osiągałem nie raz. Wiem jak to smakuje, smakuje dobrze i chce się więcej. Są plusy i minusy (więcej plusów mimo wszystko) uprawiania sportu, nie zawsze celem musi być wynik sportowy. Jakiś plan już mi się w głowie układa…

 

zdjęcia dzięki Facebook\ HbyM