Dwie pierwsze edycje Garmin MTB Series zdecydowanie ustępowały poziomem trudności w porównaniu do finałowej edycji. Trasa w Rumii zawierała wszystkie elementy charakteryzujące wyścig MTB. Były długie podjazdy, ścianki, błoto, korzenie, koleiny i techniczne odcinki. Używałem cały czas pełnej rozpiętości kasety Sram Eagle co nie zdarza się zbyt często na amatorskich imprezach na pomorzu lub w środkowej Polsce. Rumia to była konkretna jazda już bez takich zagrywek jak na poprzednich płaskich edycjach.

Andrzej, to jebnie

Zawsze moje przygotowania jako zawodnika są najważniejsze, ale błędem taktycznym jest nie znać ruchów przeciwnika, albo się nimi nie interesować. Współzawodnictwo podnosi poziom sportowy. Rywalem trzeba się interesować, czasami uczyć się na jego błędach lub powielać dobre sprawdzone metody, które przeciwnik kultywuje. Wszystkie informacje warte są rozpatrzenia i zweryfikowania pod własnym kątem. Podczas 3 edycji mieliśmy ciekawą sytuację, ponieważ dwa pierwsze sprawdziany poprzedzały inne zawody, ważne dla zawodników. W pierwszej edycji mieliśmy dzień wcześniej wyścig w Gdyni i Lęborku. Drugą edycję poprzedzał finałowy Wyścig „Langa” w Kwidzynie. W podwójnych weekendowych startach brali udział: Przemek Ebertowski  i Krzysztof Krzywy. Łukasz Derheld, Bartosz Banach i Michał Bogdziewicz zaliczyli tylko jeden podwójny start na rozpoczęcie pucharowej rywalizacji. Obserwując Krzysztofa i Przemka przypomniał mi się mem internetowy, z kotem na tle jakieś obliczeń matematycznych, i podpisem: „Andrzej to jebnie”. Nie życzyłem kolegom źle, ale taka eksploatacja organizmu, w sumie nie na łatwych wyścigach (Gdynia 2h30 ścigania, Kwidzyn 3h) nie przyniesie rewelacyjnych osiągów w 3 tygodniu zmagań. Nie pomyliłem się. Krzysztofa i Przemka dopadła choroba. Wszechobecny wirus atakował wszystkie słabe jednostki. Odporność tracisz kiedy jesteś zmęczony. Zdrowy gość, dobrze odżywiony, wyspany, nie załapie wirusa. Diabelne wirusy i różne choroby zbierają teraz żniwa, bo społeczeństwo jest przepracowane i bardzo źle się odżywia. Krzychu i Przemo zaliczyli słabszy występ, przemęczeni w chorobie byli łatwym przeciwnikiem do rozpracowania.

Dzienniczek treningowy, koncentracji i kumulacja energii

Wyprzedzając fakty i analizując mój dobry występ to wielu na pewno zastanawia się jak ja to robię. Na pewno w osiągnięciu dobrych wyników pomagają mi kilometry zawodnicze wyjeżdżone wcześniej, doświadczenie i umiejętność szykowania formy na ważne wyścigi, które sobie wyznaczę. Chyba największym atutem jest zrozumienie własnego organizmu. Odszyfrowanie sygnałów które wysyłają „nogi”, zrozumieniu potrzeb i metod które podniosą poziom sportowy. To wszystko powoduje, że w treningu nie potrzebuje ani miernika mocy ani paska HR. Wsłuchuje się po prostu w sygnały jakie daje mi ciało i z chirurgiczną precyzją zmierzam do celu. Poprzednio uskarżałem się, że tracę moc po 60 minutach, że nogi mam zakwaszone, że nie mogę kręcić, beton. Postanowiłem rozszyfrować ten problem. Przeanalizowałem wszystkie ostanie treningi i własne odczucia towarzyszące realizacji zadań. Znalazłem. Kiedyś wykonałem jeden dłuższy trening, około 90 km z akcentowaniem podjazdów. NP z treningu wyszło 240 wat co jest dość mocnym wynikiem. Po tym treningu nogi miałem jakby zakwaszone, ale to nie było przysłowiowe „zakwaszenie” tylko zniszczenie struktury mięśnia. Doprawiłem się brakiem rozciągania i trybem pracy zawodowej na stojąco. Mój mięsień nie był elastyczny, a włókno skręcone jak warkocz. Taka noga nie może, ani  szybko, ani długo kręcić. Od dwóch tygodnie systematycznie się rozciągałem, a pod koniec dodałem wałek do rolowania nóg. Efekt był niesamowity bo mogłem kontynuować jazdę na wysokim poziomie przez znacznie dłuższy czas. Bardzo ważne jest analizowanie treningów i własnych odczuć które powinny być zapisywane. Zapisywanie i szukanie, wczytywanie się w sygnały jest niesamowicie ważne i pozwala na rozwój. Osoby, które na ślepo realizują zadania nie osiągną sukcesu lub celu do którego zmierzają o ile taki cel sobie wyznaczą.

Koncentracja i kumulowanie energii to kolejne ważne cechy pomagające w osiągnięciu dobrego wyniku. Mianownikiem tych cech jest wiara w ćwiczenia i wizualizacja samego siebie kiedy cel zostanie osiągnięty. Cieszenie się tym faktem, a zarazem pomysł na dalsze doskonalenie. Innymi słowami to nic innego jak dalekosiężne cele priorytetowe i etapy ich realizacji. Przy tym wszystkim trzeba znać swoje miejsce w szeregu. W mojej wizualizacji nie zakładałem, że zdeklasuje Bartosza, Michała i Krzysztofa, mam do nich respekt i szanuje pracę jaką wykonali w przygotowania. Nie liczyłem na to, że przyjadę z dużą przewagą, wygram cały wyścig, nie! Znam swoje możliwości. Planowałem dobry występ, mocną jazdę na miarę swojego potencjału. Gdybym zakładał wygranie wszystkiego to bym się pomylił, zniechęcił, może obraził co na pewno nie sprzyjałoby dalszej kontynuacji pasji.

Swoją energię kumulowałem tylko na ten start, nic innego mnie nie interesowało. Na każdym treningu byłem myślami na linii mety w Rumii. Wyobrażałem siebie jak pokonuje podjazdy, na jakich biegach jadę, jaką  przyjmują taktykę. Zaprogramowałem siebie jak robota a w dniu startu tylko odtworzyłem zapisaną płytę. Na treningach nie robiłem sprawdzianów, testów nogi, jazdy ponad możliwości, skupiałem się na bardzo prostych zadaniach i wierzyłem w ich sukces. Resztkę dnia po za treningiem i długą pracą 6 dni w tygodniu podporządkowałem jednemu celowi. Za taki tryb przygotowań słono płaciłem, przede wszystkim nie zrozumieniem innych. No cóż sportowiec musi być egoistą, kierownikiem sytuacji.

Godzina ZERO

Przed godziną Zero na starcie było już sporo zawodników. Faworyci zaczęli zjeżdżać się od frontu pierwszego sektora startowego na 6-7 min przed startem, rozgrzani, opatuleni w ciepłe uniformy, które gotowi byli zdjąć tuż przed samym rozpoczęciem wyścigu. Dobra rozgrzewka i trzymanie ciepła do samego gwizdka miało decydujący wpływ na pierwsze kilometry trasy, które nie były łatwe a mogły wpłynąć na przebieg rywalizacji. Na sam koniec podjechał lider imprezy Łukasz Derheld, po bardzo mocnej rozgrzewce, aż pot mu kapał z czoła. Dre wyjął słuchawki z uszu, i stanął na środku stawki. Bartosz, Joanna i Bodzio na spokojnie, pełen luz. Ja byłem lekko spięty, ale tak pozytywnie. Chciałem wejść w odcinek błotny na wysokiej pozycji. Ten fragment zaraz po starcie bardzo mi się podobał…

c.d.n.

muszę na dłuższą chwilę Ciebie opuścić, klienci serwisowi czekają

Zdjęcia dzięki uprzejmości Facebook\ HybM