Sezon, sezon i po sezonie. Cały czas dobrze pamiętam nadmorski klimat hiszpańskiego wybrzeża, a już znów buszuję w Internecie w poszukiwaniu lotów na Półwysep Iberyjski. Mimo, że słońce wciąż odważnie operuje i nawet rękawki wydają się zbędne, to sielanka nie potrwa już długo. 

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/SKANDIA_KACZMAR_FINAL/5.jpg{/gallery}

 „Tłum” z pierwszego sektora

 

(Przed)ostatnim istotnym akcentem sezonu był finał wszystkich większych cyklów maratonów MTB, który przypadł na pierwszy weekend października. W sobotę finiszował Puchar Polski organizowany w ramach Skandia Maratonu. 2014 to ostatni rok obowiązywania umowy pomiędzy Lang Teamem a PZKol na organizację tego eventu. Co przyniesie przyszły rok – tego nie wiem. Na temat Pucharu Polski A.D. 2015 panuje cisza. Czy jest to cisza przed burzą? 

 

Pytanie brzmi: dla kogo ma być organizowany ten cykl? Na starcie finałowej jego edycji stanęło (napiszę słownie, żeby zajęło więcej miejsca): jedenastu zawodników i dwie zawodniczki. W „generalce” sklasyfikowanych 24 panów (z czego więcej niż 3 edycje ukończyło 6 z nich) i…3 panie. Plan na przyszły rok: wyrabiam żonie licencję i mamy gwarantowany top 3 Pucharu Polski w Maratonach MTB! 😉  Nie wiem czy to kwestia tras, atrakcyjności cyklu Skandia, czy po prostu marnej medialności i spadającej popularności tej dyscypliny. Pewne jest to, że teraz swój czas ma szosa i to pewnie jej Związek będzie poświęcał więcej uwagi i środków. MTB a maratony już w szczególności mogą nawet stracić rolę, nomen omen, kwiatka do kożucha.  

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/SKANDIA_KACZMAR_FINAL/3.jpg{/gallery}

Ich troje

 

Jak zdarta płyta…

 

Ostatnia edycja PP, to start w Kwidzynie na szybkiej (płaskiej), 77km trasie. Przed startem już było wiadomo, kto zostanie zwycięzcą Pucharu. Mariusz Kowal, mimo zagwarantowanego triumfu pojawił się na starcie w towarzystwie dwóch kolegów z teamu. Od początku grana była ta sama płyta, co na innych edycjach: JBG-2 podyktowało mocne tempo, postawili rant, na który załapali się jeszcze Aleks Dorożała, Jakub Najs i ja (robiłem za konduktora). Współpraca układała się dobrze i szybko odhaczyliśmy resztę konkurentów. Na 30 kilometrze wykoleił się Najsik, a na niego wpadł Aleks Dorożała. Mi, przy użyciu techniki pijanego węża, udało się ominąć gruzujących chłopaków i doskoczyć do prowadzącej trójki. Układ sił zdecydowanie niekorzystny: 3 na jednego – banda łysego :-). Wiedziałem, że zaraz zaczną się skoki, jak na Słowenii w DSJ. Los troszkę się do mnie uśmiechnął, gdy Patryk Piasecki złapał gumę, co obniżyło nieco siłę rażenia JBG. Zdawałem sobie sprawę, że trudno będzie walczyć z Mariuszem i Bartkiem, ale mimo tego na zmianach dawałem z siebie wszystko – tak by już nikt nas nie doszedł, a rozgrywka o podium pozostała sprawą naszego trio. Zawsze lepiej rywalizować z 2 zawodnikami niż z 3 czy 5 – w najgorszym przypadku będę trzeci. Ten scenariusz zrealizował się na mecie. Na 10 km przed kreską skoczył Wawak – nie miałem już siły go spawać. Ten skok dał mu zwycięstwo. Manewr powtórzył później Mariusz Kowal, który wpadł na metę 7 sekund przede mną. Dzięki temu, że przyjechałem w czołowej trójce udało mi się wskoczyć na 2 miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski. Wyprzedziłem mojego kolegę z teamu Krzysia Krzywego (sorry, Krzysztof :), który uzupełnił podium. Rok temu to ja dzierżyłem „puchar z soli”, który był wtedy głównym trofeum w Pucharze Polski w XCM. W tym nie było bata na Mariusza. Równa forma przez cały sezon i zdecydowanie zasłużone zwycięstwo. Drugi, a w zasadzie trzeci raz tego dnia stanąłem też na podium klasyfikacji drużynowej cyklu Skandia Maraton – mój team Hotel Cztery Brzozy Gdańsk zajął tu drugą lokatę. 

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/SKANDIA_KACZMAR_FINAL/9.jpg{/gallery}

 Podium PP: Mario i dwie Brzozy

 

Karma i zemsta grzybiarza

 

Po ceremonii pakowanie i długa droga do Wolsztyna na finałową edycję Grand Prix Kaczmarek Electric MTB. Organizator cyklu na deser zafundował zawodnikom dość srogą przeprawę – 80 km w pofałdowanym terenie. Na starcie, oprócz aktorów z wczorajszego spektaklu (bez drużyny JBG-2), spotkaliśmy świeżo ohajtanego Marka Konwę. Marku – Gratulacje!

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/SKANDIA_KACZMAR_FINAL/8.JPG{/gallery}

 Bartosz, zapnij pasy, będzie szybko!

 

Od startu dużo szarpania, walki o pozycję, szerokich łokci. Gdy tylko wjechaliśmy w teren w rolę pacemakerów wcielili się dwaj panowie „K”: Kaiser i Konwa. Selekcja nastąpiła szybko, jak w sopockim klubie: wchodzą Marek, Andrzej, Aleks i Bartosz, reszta – do widzenia. Lecieliśmy sobie elegancko tym kwartetem, gdy w pewnym momencie zaniepokoił nas trwający dość długo brak jakichkolwiek oznaczeń trasy. Gdy się zatrzymaliśmy, co jakiś czas dołączali do nas kolejni zawodnicy. To mogło oznaczać jedno – złośliwych grzybiarzy, którzy przewiesili lub zerwali taśmy. To nie pierwszy taki numer wycinany kolarzom przez dowcipnych spacerowiczów. Musimy chyba pomyśleć o jakiejś zemście. Przemalowywanie podgrzybków na muchomory? Trzeba się zastanowić. Koniec końców odnaleźliśmy trasę i wyścig rozpoczął się na nowo. Lekko podgrzani całym zamieszaniem od razu podyktowaliśmy mocne tempo (dołączył do nas jeszcze Maciej „Kapsel” Kasprzak). Odjechaliśmy. Po kilku kilometrach z mojego tylnego koła zaczął dobiegać niepokojący stukot. Robiło się coraz bardziej miękko a rower zaczynał pływać. GUMA! Pierwszy raz w tym sezonie. Jeszcze wczoraj awaria u Patryka trochę ułatwiła mi sprawę walki w Kwidzynie, a dziś karta odwraca się i pokazuje mi środkowy palec. Taka karma:). Sprawca zamieszania – zardzewiały, kilkucentymetrowy gwóźdź. No nic, czas na pit-stop: odpinam zacisk, wyjmuję koło, opona schodzi przy użyciu jednego palca, wyciągam gnoja gwóźdź , szarpię się z wentylem, wyjmuję i ładuję dętkę, rozpompowanie, zakładam drugi rant opony na obręcz, dokładam wiatru, wpinam koło. Czas: 3 minuty. Nieźle, ale kariery w F1 bym nie zrobił. Nauczka: bierz na trasę nabój na CO2. Trzeba gonić.

 

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/SKANDIA_KACZMAR_FINAL/6.JPG{/gallery}

 Daleko jeszcze, Papo Smerfie?

 

Jadę, a rower znów zaczyna zarzucać tyłem. Nie, to niemożliwe. Staję – sprawdzam koło. Całe. W serwisowym ogniu zapomniałem dokręcić wentyla w dętce i powietrze znów zaczęło schodzić. Stres jak na maturze. Naprawiam błąd i znów zaczynam pogoń. Z ok. 13 pozycji zaczynam powoli przechodzić do przodu, ale na dogonienie czołówki nie miałem większych szans. Ostatecznie melduję się na 5 miejscu, a cały cykl kończę, podobnie jak PP, na drugiej pozycji.

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/SKANDIA_KACZMAR_FINAL/1.JPG{/gallery}

 Dwa razy II. Jak Twix 🙂

 

Na podsumowanie sezonu jeszcze będzie czas. Przede mną jeszcze dwa wyścigi MTB, a potem krótka przerwa i przygotowania do kolejnego okresu startowego.

 

Pozdrawiam i do zobaczenia w Gdyni,

Bartek Banach

 

Fot: Szymon Gruchalski, Adam Starzyński, Alicja Staszewska-Lech