Słoneczna pogoda przywitała uczestników pucharowej serii Garmin MTB. Wyścig przyjął się w kalendarzu każdego kolarza z Pomorza. Jak co roku mamy 3 edycje cyklu w których wszyscy uczestniczy walczą o jak najlepsze miejsce w generalce jak i na poszczególnych edycjach. Skondensowanie tych trzech imprez w czasie i przestrzeni jest na pewno korzystne dla tubylców. Trochę gorzej mają osoby z dalszej części Polski. Nie wiem czy zauważyliście, ale w naszym Kraju zrobiła się rejonizacja i każdy okręg ma swoje zawody i uczestników, którzy rzadko migrują. Raczej nie ma co liczyć na przyjazd zawodników z południa Polski, ale można liczyć na coraz większą frekwencje wśród lokalnych „ridersów” , lub/i wzrost poziomu sportowego miejscowych zawodników.

Jak co roku Garmin MTB Series jest moim ulubionym cyklem i docelowym startem, a to dlatego, że w pracy jest trochę luźniej i mogę sobie pozwolić na skromne przygotowania. Cały cykl treningów szedł bardzo dobrze, nie opuściłem żadnego zaplanowanego ćwiczenia… aż do piątku, bo wtedy złapała mnie grypa żołądkowa. Za bardzo nie chwaliłem się tym faktem. Wiedziałem, że szybko przejdzie. No cóż, będę trochę osłabiony, ale głowa nie będzie naładowana negatywnymi myślami poprzez ciągłe kopiowanie złej wiadomości. Sportowiec nie może dopuszczać do siebie negatywnych myśli, ponieważ powtarzane po stokroć staną się prawdą i wyjdzie tak jak byśmy sobie tego nie życzyli.

Na starcie stanął w dobrym nastroju, wyrzuciłem z głowy „noc na kiblu” i przystąpiłem do zawodów z bojowym nastawieniem. Trasa w Wejherowie ma kilka kluczowych fragmentów. Pierwszym z nich, najważniejszy, jest długi podjazd zaraz po starcie. Tam trzeba być czujnym i wjechać go w czubie, żeby myśleć o dobrym końcowym rezultacie. Jak zawsze po starcie było nerwowo, dużo przepychania się, walka o pozycję. Grupę prowadził Michał Różański (Garmin 24 BCT Gdynia) Nadawał na tyle mocne tempo, że nikt nie chciał go wyprzedzać. Na podjeździe jednak tempo było średnie. Gdzieś z 7-8 pozycji po krzakach przedzierałem się do przodu, bo wolałem tam sam oderwać słabszych zawodników niż tłuc się z nimi na mniej selektywnej trasie. Moje wymijanie rozjuszyło innych zawodników i w tym samym momencie do ofensywy ruszyli Przemysław Ebertowski (King Oscar Gniewino) i Łukasz Derheld (EDF Trek Gdynia). Ebert zaczął pierwszy i poszedł takim pędzlem, że wszystkie kontrolki na pulpicie się u mnie zaświeciły. Po tym ataku i szybkim przejeździe przez kolejne pagórki uformowała się czołówka. Michał Bogdziewicz (Apteka Gemini), Ebertowski, Krzywy Krzysztof (Nexus Team), Derheld, Bartosz, Przemysław Blokus (Ta Ko Team) no i ja. Za nami już nikogo nie było. Wszystkim na początek pasował taki układ. Zgodna współpraca o niezbyt wysokim tempie układała się przez całe pierwsze okrążenie. Jedynie Blokus jechał bez zmian, ale takie dostał dyrektywy od Krzysztofa. Nikomu to nie przeszkadzało bo zawodnika TA KO Team, nie brano pod uwagę, jeszcze, do walki o pudło. Tak czy inaczej każdy chyba miał szacunek dla niego za przetrzymanie pierwszego uderzenia. Ja zmiany na tyle ile mogłem dawałem. Układ mi również pasował, nie liczyłem na zwycięstwo, a raczej o nawiązanie kontaktu i jazdę na wyższych prędkościach. Niestety po pierwszym okrążeniu poczułem już nogi. Mięsień był zbity i zaczęło mi się ciężej kręcić. Przed podjazdem chciałem oderwać się od grupy, żeby zdobyć przewagę na podjeździe, którą  na pewno bym stracił, ale zyskał na szczycie kontakt z czołówką. Po kilku mocnych depnięciach poczułem ból w nogach, nie było już dynamiki. Grupa wisiała na kole, odpuściłem i zjechałem pokornie na tyły. Wtedy Krzysztof wypuścił Blokusa na czoło grupy. Był to świetny manewr taktyczny. Słabszy zawodnik, żeby utrzymać się z mocniejszym, musi korzystać z koła na prostych, ale nie może tego zrobić pod górkę. Zazwyczaj tak jest, że mocny pod górę będzie jechał swoim żwawym tempem co dla słabszego będzie równało się zerwaniem z koła. No i Blokus wciągnął cały podjazd, za nim jechał Krzysztof, który go nie wyprzedzał i pilnował takiego szyku. Reszta jechała wężykiem, czekając na rozwój sytuacji. Było to świetnie zagranie ze strony Krzysztofa na którym ja też skorzystałem.

Już na szczycie bardzo mocno zaatakował Bartosz. W tym momencie byłem na końcu, a na końcu jest najgorzej, błąd, błąd, błąd. Momentalnie zrobiły się luki. Peleton się rozerwał. Ktoś puścił koło, Ebertowi spadł łańcuch. Czołówka odjechała. Zostałem na tyłach z Przemkiem Blokusem. Zaczęliśmy współpracować, ale czołowa grupa znikała nam z horyzontu. Na szczęście szybko zjawił się Ebertowski po naprawie usterki i trochę nas przeciągnął do przodu. Grupka pojawiła się na widoku. Współpraca im się nie układała. Ebertowski bardzo mocno szarpnął i dojechał do pierwszych, my zostaliśmy. Wiedziałem, że grupa nie będzie szybko jechała na odcinkach mało selektywnych, dlatego cały czas mocno pracowałem licząc na szybki powrót do szpicy. I tak się stało, dogoniliśmy ich wspólnie z Blokusem. Nie liczyłem na sielankowy dojazd do mety. Zaczęły się „skoki”. Nogi miałem już mocno zmęczone. Serce chciało, ale mięsień nie pozwalał na dynamiczne przyspieszenie.  Jechałem cały czas równym tempem, jak na szelkach, doganiając i gubiąc koło grupy.  Po kilku soczystych zaciągach, bardzo mocno skontrował Łukasz Derheld i …. odjechał. Zawodnicy zaczęli się na siebie oglądać. Bartosz na Krzysztofa, Krzysztof na Przemka, Przemek na Michała a Łukasz odjeżdżał mocnym tempem. Dojeżdżając do grupy dałem zmianę fullmax, żeby trochę rozkręcić towarzystwo i zainicjować pogoń. Później kolejną, ale grupa „stała”. Ataki na metę zaczęły się za późno. Zawodnik EDF Trek Gdynia miał już bezpieczną przewagę i spokojnie wjechał na metę zostając liderem cyklu, może nie z dużą przewagą czasową, ale przy tak wyrównanej stawce w finałowym rozdaniu będzie się liczyła każda sekunda.

zdjęcia Facebook.com/Fotobikermtb