Nie mogłem zasnąć. Raczej nie miała na to wpływu wypita kawa do kolacji, a raczej to, że cały dzień prawie nic nie robiłem, nie miałem żadnych obowiązków, po za realizacją treningu na trasie, który zaliczam do przyjemności. Nieprzyzwyczajony jestem do takiej rozpusty, na ogół zasypiam w butach po całym dniu roboty. A może wdarł się stres przedstartowy? Trochę się denerwowałem. Stres dla sportowca jest potrzebny, jest on niezbędnym elementem rywalizacji. Co odróżnia mistrzów od przeciętnego sportowca? Jest to fakt, że przy stresie mistrzowie się mobilizują i sięgają  po rekordy życiowe a przeciętny sportowiec paraliżuje i popełnia błędy. Jedna nieprzespana noc przed startem nie ma wpływu na wydolność. Kryzys przyjdzie dnia następnego, już po zakończonym starcie. Wpływ natomiast mają długa podróż lub dwie nieprzespane noce. Akurat tutaj byłem spokojny bo wcześniej i wypocząłem i się wyspałem po bardzo długiej podróży autem z Gdańska. Spokojnie czekałem, aż zasnę, coś tam wystukując na ekranie komputera.

Rano jakiś byłem nie wyraźny. Jak dla mnie za duży był harmider i brakowało mi „prywatności”. Jestem raczej typem samotnego wilka. Trochę się uspokoiłem jak wszyscy pojechali na start. Zrobiłem start-kupę i wszystko było już w normie. Wzorem największych asów cyclocrosu większość zawodników, amatorów, tak samo jak tuzy tego sportu rozpoczynają wcześnie długą rozgrzewkę. Ja mam trochę inną teorię. Żeby zrealizować długą rozgrzewkę i dobrze pojechać wyścig, trzeba mieć załadowane trochę kilometrów w nogach aby sprostać takim obciążeniom. Ja nie mam załadowanych kilometrów, dlatego muszę oszczędzać się i nie roztrwaniać niskich pokładów mocy, trzymać ciepło i koncentrować się przed startem.

Miałem bardzo dobrą pozycję startową. Któryś z kolegów wyczytał, że o kolejności ustawienia na starcie będzie decydowała kolejność osobistego odbioru  numerów startowych w biurze zawodów. Myślałem, że to żart i pewnie olałbym sytuację ale koledzy byli zmobilizowani i nie lekceważyli takich informacji tym bardziej , że pojawiła się ona na dość poważnym czeskim portalu. Byliśmy 90 minut przed otwarciem biura, zajmując wysokie miejsce w kolejce. Na 30 minut przed otwarciem biura ustawiła się już spora grupa osób. Dzięki takiemu ruchowi cały nasz Team Diversey stał w 1 i 2 rządzie na linii startów.

Przyjechałem 90 minut przed startem. Trasa się zmieniła. Rano było dość wilgotne powietrze. Osadziło się dużo rosy. Trasa nie wyschła bo od wczesnych godzin była rozjeżdżana przez kolejne grupy startujących i rozgrzewających się zawodników. Zrobiło się ślisko. Pojechałem ustawić ciśnienie w oponach. Zacząłem dość wysoko, ale guma w ogóle nie „łapała”, zjechałem do wartości 29 psi i zaczęło się kleić. Jeszcze kilka przejazdów i sterowanie 25/27/29 psi. Zrobiło się nerwowo. Z przedniej szytki uchodziło mi powietrze. Zmiana ciśnienia z 25 na 29 zasadniczo zmieniała sterowanie rowerem. Z jednej strony nie mogłem dać za wysoko, bo rower pływał z drugiej strony nie mogłem dać za nisko bo po 30 minutach miał bym 23 psi co już było niebezpieczne na szybkich szykanach. Na tył ustawiłem 27 psi a na przód 29. na początku było trochę ślisko ale później ciśnienie zeszło i od połowy wyścigu miałem idealne wartości 🙂

 

Zapomniałem chipa przed startem. Nie było czasu, żeby cofnąć się po niego do hotelu. Trudno, ryzykuje. Na 10 minut przed startem mówię sędziom startowym ” exscuse me, I have a problem :-)”. Z uśmiechem na twarzy i na spokojnie powiedziałem, że nie mam chipa. Pani sędzina spojrzała na mnie groźnie. Pan sędzia podszedł bliżej i z takim samy spokojem i uśmiechem powiedział: „Half of the competitors do not have a chip”. Organizacja wyścigu była na najwyższym poziomie. Był spokój, był konsekwetnie realizowany program, bez żadnych obsówek. Bardzo ładnie zawodnicy ustawiali się na starcie, każdy znał swoje miejsce, nie było żadnych problemów. Zastanawiające jest to że bez chipa sędziowie z chirurgiczną precyzją mieli zaraz po wyścigu podane wyniki razem z czasami okrążeń. Startowało nas wszystkich około 100, połowa ze stawki nie miał chipów. Poziom zawodników był różny. Jak do cholery, sędziowie to wyłapali ?

Start miałem bardzo dobry. Jako jeden z niewielu miałem zamontowaną podwójną przekładnię z przodu. Na asfalcie rozbujanie roweru z płyty 46 jest łatwiejsze niż rozpędzanie na 40/42. Zaraz po starcie miałem spięcie z lokalnym idolem Zdenkiem Mlynarem. Zdenek zaczął mnie spychać do barierek. Robił to specjalnie torując sobie pozycję do najszybszego wjazdu w pierwszym wiraż. Szło na łokcie. Przecisnąłem się na gazetę pomiędzy barierkami a Czechem. Miałem dobre miejsce i już na spokojnie zbliżałem się do pierwszych agrafek na trasie. Tam zaczęła się znowu walka o pozycję i znowu trafiłem na Mlynara. Trochę inaczej pokonywałem zakręty niż reszta stawki. Większość jeździła na okrągło, ja hamowałem przed zakrętem, mocno go ciąłem szybciej się rozpędzając. Taka technika pozwalała mi na wyprzedzanie  po jednym zawodniku na każdym zakręcie. Oczywiście Zdenkowi się to nie spodobało i odepchnął mnie ręką. Akurat trafiła kosa na kamień, ścisnąłem mocniej kierownicę i przyciąłem mu zakręt, więcej go już nie widziałem. Po tych pierwszych nerwowych sytuacjach trochę się uspokoiło i każdy zaczął jechać na własny rachunek. Zajmowałem 6 czy 7 miejsce. Tempo było wysokie. Dwóch pierwszych zawodników zaczęło odjeżdżać: Włoch Forcalerri Massimo i Słowak Barenyi Milan. Filigranowy Hiszpan Ballester Sanz Raul przeskakiwał  do czuba. Nie miałem sił, żeby za nim skoczyć. Zostałem w drugiej grupce licząc, że towarzystwo się zjedzie. Jednak moja grupa słabła a czołówka zaczęła zdobywać większą przewagą. Nie czekałem na rozwój sytuacji tylko zdecydowałem się na przeskok. Spróbowałem na trudnym odcinku, jedynym możliwym, ale ryzykownym,  dla odrobienia strat. Zawodnicy jadący na czołowych miejscach nie dawali z siebie maxa na odcinku płaskim, asfaltowym. Tam raczej trzymali tempo na 90% i łapali oddech przed technicznymi i wymagającymi sekcjami na których już jechali 110%. Zawodnicy, którzy mieli stratę mogli ją zniwelować na odcinku płaskim ryzykując wejściem w sekcję techniczną na dużym „zapieku” co mogło skończyć się popełnieniem błędu. Właśnie tak u mnie się stało. Dałem z siebie wszystko, odrobiłem kilkadziesiąt sekund. Nie wytrzymałem obciążenia i popełniłem dwa błędy na agrafkach kosztujące mnie około 20 sekund straty. Czołówka odjechała i zbliżyła się dość duża grupa pościgowa. Zamiast gonić czołówkę musiałem się spiąć, żeby odeprzeć ataki napierającej grupy. Zacząłem jechać swoim rytmem i starałem się nie popełniać błędów, starałem się jechać perfekcyjnie do czego potrzebowałem spokoju i koncentracji. Noga zaczęła się rozkręcać znalazłem swoje tempo. Udało mi się uzyskać przewagę nad grupą pościgową, ale czołówka odjechała. Skupiłem się na utrzymaniu czwartej pozycji, którą brałbym  w ciemno przed wyścigiem. Był to mój drugi start na Cx w tym sezonie. Moja jazda nie była pasywna, cały czas szukałem sekund na trasie lub rozmyślałem nad tym co trzeba poprawić, żeby w kolejnym starcie  być lepszym. Akcentując na fullmax ostatni kilometr wjechałem czwarty kończąc udany występ na ME.

Nowe szytki już zamówione, plan treningowy ułożony i realizowany. Kolejny start Mistrzostwa Świata 🙂