Mistrzostwa Europy XCM. Profesjonalizm a szczęście.

Takie słowo jak szczęście nie powinno istnieć w słowniczku profesjonalisty. Na sukces składa się dużo małych szczegółów, których suma daje dobry wynik. A każdy szczegół musi być dopracowany i przemyślany, tylko w taki sposób można dojść do wyników. Robota na łapu-capu lub liczenie na szczęście ma krótkie nogi i kończy się dotkliwą porażką.

Niestety w tym artykule muszę sam siebie srogo ocenić. Dać przykład jak nie powinno się robić. Miałem dobre myśli po zakończeniu mtbtrophy, na treningach czułem się rewelacyjnie. Niestety kryzys przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie. Jeszcze w piątek braliśmy udział w festynie rowerowym. Maratonie na rowerach spinningowych. Było to zadanie, które należy do obowiązków członka teamu Hp-Sferis. A że nie bardzo wiedziałem co na tym festynie trzeba będzie robić, pojechałem z rana na trening, później podróż autem, ekspresowe przebranie w ciuchy rowerowe i ponowna jazda, tym razem na rowerze spinningowym. To właśnie jeden ze „szczegółów”, które zadecydowały o formie. W sobotę już ledwo co kręciłem. Generalny wpływ na to miał pewnie wyścig mtbtrophy, po którym się nie zregenerowaliśmy  a fala dobrej formy, skończyła się na piątkowym spinningu.

MEfinish

W niedzielę z rana było lepiej, ale gdy przekręciłem kilka razy korbami, poczułem , że w nogach brak „powietrza”. Na starcie zostaliśmy ustawieni na szarym końcu. Początek trasy nie zapowiadał tego co czekało na nas po 20 kilometrze. Początek był szybki z niewielkimi hopami na dużą tarczę. Wystartowaliśmy dobrze, przepychając się do środka grupy. Bartosz jechał najwyżej, ja kilka oczek za nim. Gdzieś na 8 km utworzyła się duża 50 osobowa grupa. Faworyci się rozgrzewali i za bardzo nie chcieli nadawać tempa na początkowych, szybkich odcinkach. Kiedy poszedł gaz, zostałem trochę z Bartoszem i trójką innych zawodników. Mocne zmiany i po chwili dogoniliśmy czołówkę. W tym momencie rozpoczęła się pierwsza selekcja. Czekał na nas 5 kilometrowy podjazd. Bartosz został a ja zacząłem przedzierać się do przodu. Mijałem kolejnych zawodników, miałem już drugą dużą grupę na widelcu a niedaleko widziałem 8 osobową szpicę z faworytami. Szło dobrze, pomimo że nie czułem się najlepiej. Na jednym ze zjazdów przywaliłem w jakiś kamień, słyszę syczenie uciekającego powietrza i bryzgający płyn po całym rowerze. Nie trafiłem z oponami na ten wyścig. Założyłem ażurowe Barro Race w wersji 2.0. Były za lekkie jak na tę trasę a grubość podana przez producenta 2.0 mocno przesadzona, ponieważ wyglądały jak 1.8. Od razu powinienem te opony przeznaczyć na jakieś inne wyścigi i założyć normalne gumy. Liczyłem na szczęście ale te sprzyjało mi tylko na Trophy. Zatrzymałem się, dowaliłem pianki z naboju i pojechałem dalej. Powietrze cały czas uciekało i po 2 minutach miałem znowu kapcia. Zatrzymałem się ponownie, wyjąłem nabój, dopompowałem koło i ustawiłem w dolnej pozycji, tak aby płyn zalepił dziurę. Ta jednak była za duża. Kiedy tak stałem zaczęli mnie mijać kolejni zawodnicy. Bogdan Czarnota, Aleksander Dorożała, Radosław Rękawek i całe grupki obcokrajowców. No w końcu dojechał Bartosz, był zmęczony i zrezygnowany. Nie miał kompletnie sił, mówi że nie odżył po trophy.

Bartosz pożycz nabój, założe dętkę i pojedziemy dalej.

Już na spokojnie zakładałem dętkę. Dojechał Wojtek, też był zrezygnowany i powiedział, że jest „zabity”. Po uporaniu się z defektem na którym straciłem około 8 minut, pojechaliśmy dalej. Wojtek i Bartosz zjechali na bufecie, ja ambitnie walczyłem do końca. Czułem się w miarę dobrze i zacząłem odrabiać straty, te jednak były duże, za duże. Na 40 kilometrze widziałem Adriana Brzózkę. Miał defekt, rozcięta opona  przekreślała możliwość kontynuowania dalszej jazdy. Wycofał się. Gdzieś na 55 kilometrze miałem  przed sobą już Bogdana Czarnota (też miał kłopoty z rowerem), ale byłem już totalnie wyczerpany tą gonitwą. Bogdan przedzierał się dalej, ja utknąłem na tej pozycji.

wojteksprintME

Trasa była bardzo ciężka, pod względem fizycznym można było ją porównać do etapu na trophy i dołożyć jeszcze trochę, przynajmniej 20%. Zero płaskiego odcinka, non stop góra i dół, a podjazdy takie, że wywalało na plecy. Super odcinki techniczne, trawersy i ciężkie zjazdy. Organizacja na dobrym poziomie. Bufety na bogato, bidony, picie, batony, żele, owoce. Obsługa bufetów przygotowana perfekcyjnie! Bidony podawali jak najlepsi masażyści w pro-tourze. Dynamicznie a nie statycznie i ospale jak u nas w Polsce. Pod tym względem obsłudze i bufetom wystawiam ocenę celującą a na polskich maratonach co najwyżej dostateczną. Oznakowanie trasy było dobre, ale w paru miejscach trzeba było zachować czujność. Tej mi zabrakło i na 80 kilometrze przestrzeliłem zakręt zajadając batonika. Zjechałem na sam dół szybkim zjazdem, później wjechałem jakieś 800 metrów pod górę i wyjechałem na wypłaszczenie i asfaltową drogę. Na pewno trasa tutaj nie prowadzi. Nacisnąłem hamulce, lekki drift i nawrotka, kolejna poważna starta minutowa.  Kiedy zjawiłem się w kluczowym miejscu po jakiś 15 minutach  zajmowałem 4 miejsce… wśród kobiet i to był punkt w którym stwierdziłem, że nie ma co się szarpać, tylko trzeba zakończyć tę rywalizację.

Najlepiej z Polaków pojechał trener Marek Galiński (16 m-ce). Jak sam powiedział, energii było na 2h i 30 minut, później kotwica i duża strata czasowa. Takie wyścigi trzeba jeździć i trenować zupełnie innym schematem niż przygotowania do XC. Bardzo ładnie jechał Bogdan Czarnota. Miał dwie gumy, ale ekonomika jazdy i konsekwencja doprowadziły go do wysokiego miejsca w całej stawce. Doświadczenie i profesjonalizm tak bym nazwał zawodnika z temu KROSS. Słowa uznania dla Michała Kowalczyka, który uratował honor ekipy. Jak na tak młodego zawodnika pojechał świetny wyścig a dalszy rozwój kariery będzie zależał od szczegółów, które Michał musi po mału wcielać w życie. Można nadmienić , że ostatnie 5 km, Michał jechał bez łańcucha, a raczej prowadził rower. Bartosz i Wojtek muszą odpocząć parę dni, a póżniej przeprowadzić serię rozważnych treningów i będzie dobrze. Ja wystawiam sobie ocenę mierną. Jedynie cieszy to, że cały czas mam możliwości i chęci, ale nie mogę je powierzać szczęściu tylko pracy, konsekwencj, systematycei i zadbaniu o każdy najmniejszy szczegół.

Z kolarskimi pozdrowieniami (Zgorzelec)

Robert Banach