Doczekaliśmy się dnia wyścigu. Pierwszy etap to wyścig typu XCM choć jak na tę konkurencję to dość krótki bo liczył tylko 60km. Po wcześniejszym zapoznaniu się z trasą a w zasadzie z trudnymi jej odcinkami mieliśmy wrażenie, że przejazd przez dżunglę będzie dłużył się w nieskończoność a czas zwycięzcy będzie oscylował w granicach trzech godzin. Te trudne odcinki techniczne, siłowe i wytrzymałościowe były jednak przeplatane szybkimi szutrami a niekiedy asfaltem, dlatego w tych miejsca średnia prędkość rosła a ogólny czas wyścigu malał.

 

Przed startem dokładnie sprawdziliśmy listy startowe. Przeciwników osobiście nie znaliśmy, ale bardzo dobrze znał ich „Internet”. Czego nie ma w internecie – to nie istnieje mawia mój kolega Piotrek. Braliśmy nazwisko delikwenta Ctrl+C i kopiowaliśmy Ctrl+V do rankingu UCI. Kto posiada punkty w rankingu UCI ten musi jakąś klasę prezentować i tak ustaliliśmy +/- formę naszych rywali. Burry Stander, Karl Platt czy Thomas Dietsch byli nam znani i wiedzieliśmy, że są to klasowi zawodnicy, ale lista startowa była długa i tak wyłapaliśmy kilku bogatych w punkty zawodników. Kohei Yamamoto 33 w rankingu 654 punkty. Seiya Hirano 89 z 269 pkt., Szilard Buruczki 104 z 240 pkt. Kazuhiro Yamamoto 133 z 193 pkt. Ubiegłoroczny zwycięzca Lachlan Norris 158 z 163 pkt. Dla porównania Marek Galiński i Piotr Brzózka zajmują odpowiednio 45 i 59 miejsce. Ja zajmuje 650 miejsce z 21 punktami Bartosz jest 785 a Wojtek 765. Tak to wyglądało w rankingu UCI a już nie długo mogliśmy się o tym przekonać na żywo. Było jeszcze paru zawodników z USA, Nowej Zelandii  czy Australii, którzy specjalizują się w maratonach nie ujętych w Międzynarodowym Kalendarzu. Nie mieli punktów w rankingu UCI, ale mogli się pochwalić dobrymi wynikami na znanych imprezach światowych.

O 9.00 ruszyliśmy. Była lekka obsuwa bo czekaliśmy na VIPa, który miał dać sygnał startu. Rozstawieni (ja byłem w drugim rzędzie, Bartosz i Wojtek w czwartym i szóstym) czekaliśmy na pełnym słońcu na zaproszonych gości. Czekaliśmy przeszło 15 minut a słońce tak grzało, że najbardziej spokojnym puszczały nerwy. Organizatorzy na pocieszenie rozdawali zimne napoje i lodowatą wodę. W końcu dojechał; Mohathir Mohamed, Premier Malezji. Już emerytowana persona, ale szacun wzbudza olbrzymi. Z wielkim poruszeniem większość biegała wokół Premiera zgięta w pół co chwilę mu się kłaniając. Premier machnął flagą…

1etap

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Od razu pełen gaz. Ustawiłem się idealnie. Cały odcinek asfaltowy przejechałem na 3 pozycji wypuszczając chętnych na pierwsze miejsca, a tych nie brakowało. Przed samym wjazdem w dżunglę spadłem na 6/8 pozycję. Mój ruch był celowy bo nie chciałem na początku pójść na tak ostrą wymianę ciosów. 6 pozycja była najbardziej komfortowa z całej tej grupki. Tempo było zawrotne, nikt nie odpuszczał, cały czas jechaliśmy w ciężkim terenie, zjazdy, podjazdy, kamienie, ostre zakręty, błoto! Trochę się zdziwiłem, ale najwięcej traciłem na zjazdach. Ciężko było mi jechać takim tempem. Kiedy próbowałem jechać równo z przeciwnikami, to nie mogłem utrzymać optymalnego toru jazdy.

Czy za mocno napompowałem opony czy to te koła 29”? (jako jedyni z czołówki jechaliśmy na 26). Trudno mi powiedzieć, musiałbym spróbować pojechać na sprzęcie jakim dysponowali rywale. Powracając do wyścigu to od samego początku źle się czułem a z każdym kilometrem ból brzucha narastał. Gdzieś na 15km zacząłem słabnąć z powodów bólu żołądka, spojrzałem do tyłu, szukając naszych. Jedzie Bartosz! Ok.! Odsapnąłem i poczekałem na Bartka. Razem jechaliśmy w małej grupce.

Przed nami 4 osobowa czołówka z 30 sekundową przewagą. Jest bardzo dobrze! Na odcinkach szosowych głównie to my nadawaliśmy wysokie tempo. Później rywale pytali się czy my aby na pewno nie jeździmy na szosie? Na wszystkich podjazdach Bartosz prowadził grupkę. Reszta zawodników uzupełniała nas na ciężkich odcinkach technicznych i zjazdach. Po jakiejś chwili dołączył do nas Wojtek. Cały team razem!

Fajnie, ale nie dla mnie. Wiedziałem, że niedługo odpadnę bo już byłem mocno osłabiony. Nie mogłem przełknąć choćby łyka wody, bo od razu wszystko podchodziło mi do gardła. Dałem jeszcze dwie solidne zmiany i pożegnałem się z kolegami. W tym momencie występ w Malezji się dla mnie skończył. Doczłapałem się do mety, ostatkiem sił. Nigdy wcześniej nie byłem tak zmęczony.

Bartosz i Wojtek rozkręcali się z każdym kilometrem. Na jednym z bufetów Cyryl, krzyknął do chłopaków: „macie 15 sekund do czołówki!”. Na Wojtka ten sygnał zadziałał jak czerwona płachta na byka. Porwał się w pogoń i to tak szybką, że gdzieś pomylił trasę ;). Bartoszowi w tym momencie obluzowało się trochę jarzemko od siodła (takie są efekty rozkręcania i skręcania rowerów przed i po podróży w samolocie). Trochę czasu stracił na usunięcie problemu. Do mety było już niedaleko.

W zasadzie końcówka to bardzo szybki odcinek asfaltowy i przejazd w lesie szybkimi trawersami. Tam żadnych przetasowań nie było. Stander wygrał na finiszu z Platt’em. Trzecie miejsce z niewielką startą przypadło Mistrzowi Francji. Wojtek ukończył wyścig na 4 miejscu a straty jakie poniósł można podzielić na pół między zawodnika a organizatora za  jeden błąd na w sumie bardzo dobrze oznakowanej trasie. Bartosz zameldował się na 8 miejscu.

Teraz śmiało można stwierdzić, że chłopaki przespali moment startu. Zagubili się, trochę stracili a przez to czołówka odjechała. Brakowało wiary w siebie i otwartej walki. Widać, że trochę się asekurowali i bali podnieść rękawicę. Ostatnia runda na ringu w ich wykonaniu była naprawdę bardzo dobra!

Przy okazji chciałem nadmienić, że do tego etapu przystąpiliśmy z camelbakami na plecach. Wynalazek całkiem fajnie sprawdza się podczas wyścigu. 1,5 kilogramowy ciężar umieszczony na wysokości łopatek nie przeszkadzał w jeździe. „Woda, którą można było popijać w każdym momencie trasy to prawdziwy skarb w tej duchocie.”- powiedział Bartosz na mecie.

*****

Drugi etap odbył się bez mojego udziału. W tym czasie leżałem w szpitalu podłączony do kroplówki. Jedną sytuacją chciałbym się z Wami podzielić. W nocy zmierzono mi temperaturę. Wskazówka dochodziła do 38.5 i wtedy cztery młode pielęgniarki z zimnymi ręcznikami zaczęły nacierać: czoło, ręce, stopy, żeby nie było jakiś domysłów 🙂 w celu schłodzenia organizmu. Scena jak z amerykańskiego filmu. Ranny żołnierz trafia do szpitala pod opiekę uroczych pielęgniarek. Zrobiło się romantycznie ;p.

Powracając do wyścigu. Ten etap znam tylko z opowieści Bartosza i Wojtka. Na trasie w ramach treningu byłem wcześniej, więc całość oczami mojej wyobraźni mogłem sobie poskładać do kupy. Tylko pierwsze dwa etapy zaliczane były do rankingu UCI. Zawodnicy byli rozstawieni według międzynarodowej punktacji i dlatego nasi stali gdzieś z tyłu. Było to ważne, ponieważ po asfaltowym starcie dalsza ścieżka wpadała do lasu przez „wąskie gardło” z wielką kałużą na środku. W lesie zaczynał się sztywny podjazd po kamieniach i ciężko było tam wyprzedzać. Bartosz z Wojtkiem wystartowali w miarę dobrze jak na miejsce które zajmowali. Czołówka mocno pociągnęła. Na kamienistym podjeździe Bartosz cały czas jechał, nie schodził z roweru. Od 6 miejsca większość zawodników biegła, ponieważ bardzo ciężko tam się podjeżdżało tym bardziej w tak dużej grupie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bartosza paru zawodników wyprzedziło, ale za to chłopaki zmęczyli się bardzo tym bieganiem i jak wskoczyli na rowery to nogi „betonowe” odmawiały szybkiego pedałowania, a Bartek mógł przyspieszyć dzięki czemu przebił się do pierwszej dziesiątki. Wojtek zmuszony był zejść z roweru i tak samo jak inni po podbiegu trochę stracił.

Uformowały się grupki. W pierwszej faworyci: Stander, Platt, Cattaneo, Norris; w drugiej grupie: Dietsch, Bartosz, Buruczki, Henderson. W trzeciej grupie jechał Wojtek z zawodnikiem z Japonii i Kanady. Jak wspominałem wcześniej trasa była bardzo ciekawa. Bez problemu mogła by aspirować do zawodów pod nazwą Puchar Świata. Organizatorzy przygotowali ciekawy odcinek w dżungli. Wykarczowali teren i zrobili techniczny zjazd z uskokami, trawersami, korzeniami oraz ostrymi zakrętami. Czołówka genialnie pokonywała te odcinki. Poziom wyszkolenia technicznego Standera, Platta czy Norrisa zasługiwał na soczyste oklaski. Ich jazda robiła wrażenie, jakby jechali po „stole”.

Tutaj tkwi także różnica pomiędzy czołówką światową a chłopakami z Polski. Większość zagraniczniaków jest diabelnie szybka na takich odcinkach. Pod górę ich siła już nie jest tak porażająca. Takie triki rowerowe jak; ”bunny hop”, ”whellie” czy „manual” potrafią zrobić o każdej porze dnia, a wy to potraficie?

Ostatnia runda to popis Karla Platta. Zdemolował najgroźniejszego rywala jadąc najszybciej ostatnią rundę w całym wyścigu i przyjechał z prawie 2 minutową przewagą. Wygrał i odebrał Burr’emu koszulką lidera! Bartosz końcówkę miał słabszą i spadł z 5 na 7 miejsce. Wyprzedził go Mistrz Węgier-Buruczki i Tomash Dietsch. Wojtek jechał równo, mocno cały wyścig ale odległe 14 miejsce zawdzięcza kilku mniejszym i większym upadkom na odcinku technicznym.

2etapa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*****

Miejsce startu trzeciego etapu zaplanowane było na drugim końcu wyspy. Wojskowymi ciężarówkami przewieziono rowery a dla kolarzy podstawiony był autokar. Tego dnia słońce schowane było za chmurami. Początkowo organizatorzy chcieli nadać temu etapowi wyjątkowy charakter. Nazwali go „Endurance” a zawodnicy po rundzie 7km mieli jeździć 7 godzin! To by było niesamowite i na pewno odwróciło by „generalkę” do góry nogami. Tylko czy taki „wyścig” przypominałby wyścig?

Organizatorzy nie chcieli początkowo rezygnować z tego pomysłu, ale sędziowie UCI i zawodnicy szybko wybili im ten pomysł z głowy. W obawie o zdrowie zawodników (odwodnienie, wyczerpanie) skrócono dystans do … 8 okrążeń! Część trasy była wyłączona z okrążenia- uznano ją za zbyt niebezpieczną.

Zaszły spore zmiany na korzyść wszystkich. Bartosz i Wojtek stali w pierwszej linii! Wojtek wykorzystał ten fakt, Bartosz przeciwnie. Słabo wystartował, nie mógł się wpiąć w pedały, dużo stracił już na samym początku. Australijczycy dokonali ciekawego manewru taktycznego. Dzień wcześniej Paul Van Der Ploeg przejechał tylko jedno okrążenie, celowo poczekał na „dubla” i według regulaminu musiał zakończyć ten etap, ale mógł przystąpić do kolejnego. Jak widać miejsce w generalce go nie interesowało. Nawet dobre miejsce etapowe nie było jego marzeniem. Ale to co zrobił na dwóch kolejnych etapach można uznać za spory wyczyn. Mianowicie zaraz po starcie bardzo mocno zaatakował zabierając swojego rodaka Lachlana Norrisa na koło. Ten manewr był zaplanowany wcześniej. Paul jechał full-max 2 okrążenia i sam wypracował około 1 minutową przewagę.

3etap

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Norris cały czas jechał mu po kole. Grupka pościgowa w składzie Stander, Platt, Cataneo i HALEJAK nie była w stanie ich dogonić. Z tyłu peleton w strzępach. Bartosz jechał początkowo na 13 miejscu, ale po 3 okrążeniu zaczął się przebijać do przodu. Paul bardzo zmęczony odbił do boksu. Zrobił genialnie robotę i wypuścił Norrisa na prowadzenie! Lachlan zdrobniale Lach miał przewagi około 1 minuty i 5 okrążeń do mety. Za nim mocna grupa pościgowa. Wyścig zrobił się bardzo ciekawy! Trójka Stander, Platt i Cataneo nie oszczędzała się i wszyscy zgodnie dawali mocne zmiany. Wojtek jechał jak na szelkach. Na prostych odcinkach dochodził ich. Dalej jechał w grupce 3 km (odpoczywał ;-)) po czym następował wjazd w teren gdzie zawsze tracił i znowu musiał gonić. Lach z teamu Giant Global Factory zaczął rozmieniać swoją różnice czasową na drobne i z każdym okrążeniem jego minutowa przewaga kurczyła się o 15 sekund.

lachlan

lachlan1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy chłopcy zbierali się do konkretnego ataku Stander złapał gumę! Ten fakt rozbił ich ułożoną pracę i Lach znowu zwiększył przewagę. Stander po ekspresowej wymianie koła trafił do drugiej grupki gdzie jechali: Buruczki, Dietsch, Sager i na ostatniego Bartosz! Zawodnik na 29’erze Gianta niezagrożony zmierzał do mety. Karl i Włoch Johny Cattaneo zrezygnowali z pogoni za Autralijczykiem, który de fakto nie zagrażał im w generalce. Wojtek w całym tym zamieszaniu gdzieś stracił i do mety jechał już samotnie na 4 pozycji. Burry Stander próbował gonić swoich rywali z całą ekipą zawodników „na plecach”. Odjeżdżało mu 1 miejsce w generalce a do pomocy nie było nikogo. Lachlan dojechał do mety na pierwszej pozycji. Wygrał i udowodnił, że zeszłoroczny sukces w całym wyścigu nie był jego przypadkiem. 2 i 3 miejsce przypadło zgodnie pracującemu duetowi niemiecko-włoskiemu Platt i Cataneo. 4 miejsce udało się utrzymać Wojtkowi bo już 9 sekund za nim finiszowała duża grupka, którą przyprowadził Amerykanin Jason Sager. Bartosz ukończył wyścig na dobrej 9 pozycji.

Po etapie przegapiliśmy odjazd naszego autobusu, a następny transport był za 2 godziny. Nie chciało nam się czekać i nielegalnie zapakowaliśmy się do wojskowej ciężarówki, która przewoziła rowery. Nadeszła burza. Kolejna scena jak z amerykańskiego filmu. Tym razem spełniło się marzenie Wojtka, który jest wielkim fanem Johny’ego RAMBO i świetnie wcielił się w tę rolę a sceneria przypominała tą z wojny w Wietnamie. O! mieliśmy nawet zakładnika!

wojtekrambo

zakadnik

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Robert Banach