Najdłuższy etap na wyścigu etapowym w Malezji trwał 2 godziny 30 minut. Doliczając do tego rozgrzewkę i rozjazd wychodzi nam trochę ponad 3 godziny. Z doby odliczając czas snu i sam wyścig zostaje nam 12 godzin niezagospodarowanego czasu. Są jeszcze posiłki, na których spędza się trochę minut, ale przez resztę dnia nikt nie będzie leżał z nogami zawieszonymi na haku i rozmyślał o wyścigu, jak za oknem egzotyka pełną gębą!

 

 

Będąc kolarzem, będąc mechanikiem w grupie kolarskiej „Mróz” miewam co roku okazję wyjazdu na wyścig w ciekawe miejsce. W ogóle kolarstwo daje możliwość poznania świata i ciekawych ludzi. Tak właśnie się zastanawiam, że gdyby nie sport czy stać by mnie było na wyjazd do Malezji? Niektóre osoby stać na wyjazd, ale brakuje im czasu. Niektórzy mają pieniądze ale nie mają młodości. Zawsze czegoś brakuje. Dla młodej osoby bycie sportowcem to super przygoda!

W tym sezonie w planie mieliśmy wyjazd na etapówkę do Malezji. Kiedy wyjazd był zaklepany, z niecierpliwością czekaliśmy na dzień wylotu. Czekała nas długa podróż….

We wtorek rano rozpoczęła się wyprawa. Na początek 1200km samochodem. Gdańsk-Poznań i Poznań-Frankfurt. Na lotnisku byliśmy wcześniej z 2 godzinnym zapasem. Nasze torby przekraczały limit 20kg jaki proponuje przewoźnik w economy class. Na szczęście Cyryl nasz „komputerowiec” miał niedowagę i zaraz wypełniliśmy jego torbę najcięższymi rzeczami. Bagaże nadane, chwila relaksu przed 12 godzinnym lotem. Aby zapobiec metamorfozie naszych nóg w kołki od molo zakładamy skarpety kompresyjne.

Boing 727-200 wita na pokładzie. Na monitorach pojawia się napis :”odległość do celu 11000 kilometrów!”. O dziwo podróż minęła szybko, bez przygód. W zasadzie większość czasu spaliśmy bo wszyscy byliśmy zmęczeni nocną podróżą w samochodzie. Obyło się bez turbulencji tylko co jakiś czas budzili nas na kolejny posiłek i przekąski. Żarcie całkiem niezłe-orientalne bo przewoźnik to MALAYSIA AIRLINES.

W Kuala-Lumpur szybka przesiadka na samolot do Langkawi. Cały czas towarzyszy nam ekipa BULLsa z Karl Platt i Thomas Dietsch na czele. Wysiadając z samolotu nie mogłem uwierzyć w zaduch i skwar panujący na zewnętrz. Do tej pory poruszaliśmy się po klimatyzowanych korytarzach a teraz przyszło nam zmierzyć się z rzeczywistością. Chwila spędzona na świeżym powietrzu zmiękcza nasze europejskie organizmy. „O kurczę” mówię sobie, będzie ciężko.

Na parkingu czekał na nas przedstawiciel organizatora. Do podstawionego busa zapakowaliśmy rowery. Kierowca otwiera mi przednie lewe drzwi i zaprasza do środka. Co mam kierować? Nie wiedzieliśmy , że ruch w Malezji jest lewostronny! Pierwszy raz poruszałem się w kraju samochodem z kierownicą po prawej stronie. W późniejszym czasie było też śmiesznie, ponieważ nie mogliśmy się przyzwyczaić i parę razy zdarzyło się wyjechać na „czołówkę”.

Do dnia startu pozostały nam pełne 4 dni. Na lotnisku dostałem mapę wyspy a w hotelu planowaliśmy trasę treningu połączoną ze zwiedzaniem wyspy. Zaraz po przyjeździe Bartosza dopadły uporczywe dolegliwości , które męczą większość europejczyków. Inna flora bakteryjna szczególnie w wodzie nie jest tolerowana przez europejskie żołądki.  Ból był na tyle silny, że trzeba było szukać pomoc lekarskiej. Na recepcji jakoś nie mogłem się dogadać. Panie za każdym razem chciały wysłać mnie do apteki. Jak już się dogadaliśmy uznały , że jedynym wyjściem będzie udanie się do szpitala.

Zamówiłem taxi. Taksówki na Langkawi są bardzo tanie. Za kurs płaciliśmy w przeliczeniu na polskie 5, 6 lub 10 złotych. Na drugi kraniec wyspy kurs kosztował 24 złote, a to dlatego że benzyna nie przekraczała wartości 2 złotych! Raj na ziemi. Trochę obawialiśmy się odwiedzin w szpitalu, ale jak się okazało opieka medyczna w porównaniu do polskiej jest o trzy klasy lepsza! Przyjął nas lekarz dyżurny pytając co się stało. Dał kwit i kazał czekać. Po 5 minutach już wezwano nas na salę. Wszyscy posługują się językiem angielskim perfekt! Czasami nawet rozmawiają między sobą po angielsku zupełnie swobodnie. Od straganiarza po taksówkarza do lekarza każdy świetnie posługuje się tym językiem. W TV filmy także puszczane są w oryginale – to może jest pomysł na naukę języka obcego w naszym kraju, bo w innych państwach taki pomysł zdał egzamin.

Po dwóch godzinach lekarze postawili Bartosza na nogi. Nie był w rewelacyjnej formie ale czuł się znacznie lepiej. Na drugi dzień wolał sobie odpocząć a my z Wojtkiem pojechaliśmy na trening. Całkiem przypadkiem wybraliśmy ciekawie zapowiadający się podjazd. Po 2 kilometrach podjazd się skończył i dalej w górę prowadziła już leśna droga a jeszcze dalej ułożone podejście z kamieni. Było dużo czasu, więc wzięliśmy rowery na ramię i podeszliśmy wyżej. Przed naszymi oczami ukazał się piękny widok. Waterfall czyli wodospady. Bardzo ładne miejsce ze słodką, krystaliczną wodą o dziwo bardzo ciepłą.

Nazajutrz już w pełnym składzie pojechaliśmy na drugi koniec wyspy. W planie mieliśmy zwiedzenie farmy krokodylów i podjazd pod najwyższe wzniesienie na wyspie, które jednocześnie było metą 4 etapu. Temperatura codziennie przekraczała 30 stopni w cieniu. Przed wyjazdem obowiązkowy krem na ręce i nogi z mocnym filtrem. Ja używałem +50 czyli najmocniejszy jaki był dostępny na rynku. Tak mocne słońce i wysoka temperatura w przeciągu 30 min pali skórę na czerwono, ale dowiadujemy się o tym dopiero wieczorem- dlatego tak trudno wyczuć moment który jest przełomowy dla naszej opalenizny. Przypomniałem sobie wydarzenie z Urugwaju, gdzie Bartosz i Mateusz Komar postanowili trochę się opalić i wystawili swoje ciało na pełne słońce podczas 200 kilometrowego etapu. Najpierw było czerwono, później bąble a na koniec  temperatura i skóra schodząca płatami. Nie wspomną o tym, że resztę etapów koledzy jechali w rękawkach;). Wyspa nie była duża i po godzinie jazdy byliśmy już na drugim jej końcu. Obowiązkowa kąpiel. Ta okazała się mało schładzająca bo woda była ciepła jak zupa a zasolenie tak nieprzyjemne , że po wyjściu z morza człowiek cały się lepił i jakoś tak nieswojo czuł.  Farma krokodylów była 10km dalej. Takich potworów jeszcze na żywo nie widziałem.

U nas w ZOO krokodyle są małe i mało aktywne. Gdański Ogród zoologiczny odwiedzam raz na 3 lata i ten biedny krokodyl cały czas jest w tym samym miejscu jakby był wypchany! A może jest! Na Langkawi krokodyle buchały energią. Ogromne zwierzę wyglądające na ospałe jest niesamowicie dynamiczne.  Bardzo dziękuję za bliskie spotkania w ich naturalnym środowisku.

Nasz trening zakończyliśmy podjazdem pod Gunung Raya. Szczyt tej góry zawsze otoczony był chmurami i z dołu nie widzieliśmy jak ta góra jest ogromna. Bartosz był trochę osłabiony więc pojechał do hotelu. Z Wojtkiem rozpoczęliśmy wspinaczkę. Po 400 metrach w pionie myślałem, że to koniec. Chwilowe wypłaszczenie było złudne a za chmur pojawił się widok całej góry w pełnej okazałości. No faktycznie organizatorzy się nie pomylili. Góra miał 813 metrów wysokości nad poziomem morza a końcówka to ścianki z 15% nachyleniem. Na szczycie spotkaliśmy ekipę z BULLS TEAM. Zjazd z góry zajmował 20 min. Miejscami było bardzo szybko. Musieliśmy uważać na drużyny małp i ogromne jaszczury przebiegające bezmyślnie przez drogę. Małpy wykwintnie poruszały się po drodze. Kiedy Wojtek krzyknął, ponieważ obawiał się nagłego wtargnięcia na drogę, największa z małp stanęła, zmierzyła nas wzrokiem jakby chciała powiedzieć : ”co wy chłopaki wiecie o zabijaniu”.

Na kolacji wymienialiśmy spostrzeżenia z Bullsami o ciekawych miejscach na wyspie. Chłopaki polecili nam skutery wodne. O skijet’ach opowiadali z rumieńcami na twarzy. 30-letni faceci a bawią się jak chłopcy. Oczywiście musieliśmy tam pojechać, nie będziemy gorsi!

Nazajutrz zamówiliśmy taxi i za dwie dyszki pojechaliśmy na skijety! Turystów nie było, ogromna plaża i całe morze tylko dla nas! Skutery już nie były takie tanie, ale w porównania do polskich warunków było to opłacalne. Za 140zł dostaliśmy 30 min jazdy na skuterach bez żadnych ograniczeń mocy. 120 kucyków czekających na ruch manetki. Zabawa była przednia!  Daliśmy tak czadu, że przypadkowo ogłuszyliśmy najszybszą rybę w tamtych wodach. Barakuda dostała po głowie i dryfowała niedaleko brzegu. Tubylcy oprócz tego, że skasowali nas porządnie to dostali darmowy posiłek.

Po południu pojechaliśmy na trasę 2 etapu, czyli wyścigu XC zaliczanego do klasyfikacji UCI. Trasa była już przygotowana do treningu. Cała świetnie oznakowana. Co chwila ktoś z ekipy organizatora czuwał nad prawidłowym przebiegiem oficjalnego treningu. Połowa trasy typowo wytrzymałościowo-siłowa z długimi podjazdami. Druga trasa to techniczne odcinki, z przejazdami przez mostki, z trawersami, korzeniami, licznymi zakrętami i uskokami. Super! Można było poszaleć ! Trasa godna Pucharu Świata, szkoda że u nas takich już nie ma.

Nazajutrz rozpoczynał się już wyścig. To osobna historia tej opowieści, na którą zapraszam wkrótce…

Robert Banach

skarpety

szpital

gra

welcome to the jungle

rowerowy1

ramboii

ramboi

plaza

monster

baracuda

 bar