Kujawia XC

Po wcześniejszym powrocie z obozu treningowego w Hiszpani, szybko przeanalizowałem dalszy plan działania i kalendarz startów. Wyścig w Bydgoszczy ładnie się wkomponował w moje przygotowania. Ze względów osobistych do końca nie wiedziałem, czy uda mi się pojechać i wystartować, ale w ostatniej chwili sprawy ułożyły się po mojej myśli i spokojnie mogłem zrealizować wcześniejsze założenia.

Nawet najgorszy wyścig jest najlepszym treningiem. Z takiego założenia zawsze wychodzę. Zresztą jak ktoś chce być kolarzem to musi startować i to jak najwięcej.Wybitną formę ciężko uzyskać nawet stosując najlepsze metody treningowe. Do tego dochodzi taktyka, odporność na stres przed zawodami oraz bezpośrednia rywalizacja z przeciwnikiem. Ten start był mi potrzebny niezależnie od wyniku jaki bym na nim uzyskał.

Do Myślęcinka dojechałem przed 11. Po zapisaniu się na listę startową, złożyłem rower i przejechałem się z kolegami po fachu na rundzie wyścigu. Miałem okazję sprawdzić jak rower spisuje się w terenie, bo wcześniej jezdziłem nim tylko raz i to po szosie. Trochę odzwyczaiłem się od roweru górskiego. Miałem problem z opanowaniem „mountanbajka” na zjazdach. Słabo wchodziłem w zakręty i wolniej zjeźdzałem, co było widać na wyścigu. Traciłem sporo dystansu na każdym zjeździe do Przemka czy Sebastiana. Jedną z przyczyn na pewno były opony z dętką założone na ten wyścig. Dołożyłem dużo ciśnienia (2,7bara) ponieważ bałem się, że złapie „snejka”. Odbijałem się jak ping-pong na każdym wertepie. To do poprawki- na następną „gonkę” będę miał już opony docelowe założone na mleczko z odpowiednim ciśnieniem.

Start się trochę opóźnił, jak to bywa na takiego rodzaju imprezach. Ze względu na „otwartość”  zawodów, uczestnicy prezentują bardzo zróżnicwany poziom sportowy, co owocuje opóźnieniami w dojeździe do mety. Wiem, że każdy chce pokonać trasę wyścigu, nie chce być zdublowanym i walczy do końca, dlatego w spokoju czekałem na swoją kolejkę. Zacząłem się robić trochę głodny, a wyścig zapowiadał się długi i ciężki. Poratował mnie Krzysztof Brzuzek jednym żelkiem, którego spakowałem sobie w kieszeń.

Organizatorzy ustawili czołowych zawodników na pierwszej lini startu. To było bardzo miłe i organizacyjnie poprawne. Uważam, że zawsze dobry zawodnik powinien mieć zapewnione miejsce na przodzie. Unika się w ten sposób niepotrzebnego przepychania zaraz po starcie , a ten był dość kluczowy, ponieważ po paru metrach wpadało się w ścieżkę „na jeden rower” a wyprzedzanie po śmieciach i patykach było dość niebezpieczne.

Kujawia XC 2012 Myślęcinek , Bydgoszcz

Prowadzenie objął Sebastian Swat, tuż za nim podążał Przemysław Ebertowski. Trzecią pozycję zajmował młodszy z braci Swat i ja spokojnie jechałem na 4 pozycji. Za nami cały sznur kolarzy. Na pierwszym podjeździe zauważyłem, że Sylwek zaczyna odpuszczać. Przed zamiarem wyprzedzenia, młodszy Swat sam zjechał z trasy puszczając szybszych zawodników. Kątem oka widziałem Krzysztofa Brzuzka na kole. Razem przyspieszyliśmy i szybko dogoniliśmy prowadzącą dwójkę. Na łączce z wertepami Sebastianowi spadł i zakleszczył się łańcuch pomiędzy ramą a kasetą i musiał stanąć, żeby go wyszarpać. Nie stracił dużo i ruszył w dalszą pogoń za nami. Na tym samym odcinku kłopoty nie ominęły Krzysztofa Brzuzka. Połączenie nowej korby XTRa z przednią szosową przerzutką dura-ace okazało się nie trafionym i awaryjnym rozwiązaniem. Przy nerwowym stylu jazdy Krzysztofa zestaw odmówił posłuszeństwa. Pomimo paru pit-stopów i prób naprawienia sprzętu, obejma się wykrzywiła, ułamała i Krzychu musiał zejść z trasy. Pierwszą rundę pociągnął Ebertowski, każdy podjazd jechał bardzo mocno. Sprawdzał siebie i mnie. Na płaskich odcinkach odpoczywał i obserwował moją reakcję na jego przyspieszenia. Ja udawałem, że sobię lecę na luzie, ale tak naprawdę to krew w żyłach się gotowała. Pod koniec pierwszego okrężenia Przemek zwolnił, ja wyszedłem na prowadzenie ale zdecydowanie zwolniłem, uspokajając trochę wyścig. W tym momencie dogonił nas Sebastian i długo nie czekałem, żeby to on objął prowadzenie. W takich sytuacjach zawsze komuś puszczają nerwy, ktoś poczuje siłę i obejmuje prowadzenie. Zazwyczaj próbuje się zerwać przeciwników, ale Sebastian postanowił przewieść nas na kole. Zarzucił kiert i ciągnął większą część wyścigu. Tempo miał idealne, choć denerwował mnie jego styl jazdy. Spokojnie pod górę i dokręcenie na płaskim. Ja jeżdżę zupełnie inaczej. Taki styl jazdy zauważyłem u zawodników trenujących z pomiarem mocy. Na stromych odcinkach luzują tak żeby przyspieszać gdy robi się płasko, cały czas z równą mocą. Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ nie zakwasza się tak organizmu i można efektywnie przejechać cały wyścig. Tylko, że w tym przypadku Seba wiózł dwóch teoretycznie mocniejszych zawodników na kole. Za nami była przepaść, także taktykę każdy mógł stosować dowolną. Myślałem, że Przemek gdzieś zaatakuje, czekałem na jego ruch. Choć we wcześniejszych latach, jazda Przemka była bardzo przejrzysta tak teraz mnie zaskoczył i zaczął jechać dojrzale jak na zawodnika jego klasy przystało. Obserwuja Przemka od lat i w większości przypadków zawodnik z logiem KING OSCAR na koszulce jechał na wyścig żeby się zmęczyć. A teraz jechał żeby wygrać- kolosalna różnica, brawo dla Przemka.  Powracając do wyścigu. Zbliżało się końcowe okrążenie, nie czułem mocy, nie czułem siły, ale postanowiłem powalczyć o pierwsze miejsce. Widziałem, że Sebastian zaczyna słabnąć  i nie ma „depnięcia” pod górę. Natomiast Ebert miał spory zapas mocy i mnie trochę popędzał, gdy traciłem dystans do starszego Swata. Do ataku, wybrałem moim zdaniem najbardziej odpowiednie miejsce. Tuż po płaskim odcinku przed techniczną sekcją. Przemek uważał, że to był nieodpowiedni moment, ja wręcz przeciwnie. Znałem swoją siłe i siłę przeciwników. Zaatakowałem przed samym wjazdem na single tracka. Przemek nie zdążył wyprzedzić Sebastiana. Właśnie tak miało być. Liczyłem na to , że wejdę w tą sekcję jako pierwszy a słabnący Sebastian skutecznie przyblokuje mocnego Eberta choć na moment a ja będę miał parę sekund na zrobienie przewagi. Plan wyszedł, ale Ebert był za mocny. Doszedł mnie i wjechaliśmy na dwa ostatnie sztywne podjazdy razem. Seba został z tyłu. Ja prowadziłem i kiedy zrobiło się naprawde stromo zredukowałem bieg na niższy a Przemek zrzucił na cięższy i przyspieszył. Wszystko okazało się jasne kto jest tego dnia mocniejszy. Swoją przewagę Ebert dowiózł do kreski, zameldowałem się na 2 pozycji a tuż za mną linię mety przekroczył Swat.

Wyścig był bardzo fajny, ciężka trasa, z elementami technicznymi. Odpowiednio długi dystans i znakomita pogoda. Z formy jestem bardzo zadowolony. Brakuje tak jak to Seba powiedział kilku treningów na poziomie submaksymalnym, ponieważ do tej pory skupiałem się bardziej na objętości tlenowej. Gratulacje dla Zwyciezcy jak i wszystkich zawodników. Powracam do treningów i już szykuję „nogę” na kolejny start, tym razem będzie to Maraton w Otwocku z całą naszą ekipą.

Robert Banach