Na kolejną edycję Pucharu Polski wybieraliśmy się z bojowym nastawieniem, w dobrej dyspozycji. Walka o klasyfikację generalną teoretycznie było otwarta. Po odliczeniu najsłabszych wyścigów Adrian i Andrzej mieli tyle samo punktów czyli 36. Bartosz notował gorszy wynik o zaledwie 4 oczka. Pozostały dwa wyścigi i wszystko mogło się wydarzyć. Wszystko mogło się wydarzyć w pozytywnym znaczeniu tego słowa lecz zabrakło nam szczęścia.

 

 

 

 

Tuż przed wyjazdem odbieram telefon od redaktora MTBNews.pl: „Robert, przepraszam , ale odwołuje wyjazd, ja i Przemek Ebertowski mamy grypę żołądkową. Ledwo co żyjemy”. Szkoda mi było Przemka bo solidnie przygotowuje się do wyścigów a jego forma jest bardzo wysoka i po raz kolejny przegrywa sam ze sobą.

Szybko zorganizowaliśmy transport i w piątek rano ruszyliśmy w podróż do Białegostoku. Trasa była nam znana z poprzedniej edycji, ale po krótkiej przejażdżce okazało się, że została solidnie zmodyfikowana na minus.  Brakowało jakiegokolwiek odcinka bardziej wymagającego co zapowiadało wyścig iście szosowy w nerwowej atmosferze, z licznymi skokami, ucieczkami i gonitwą.

Nasz team został mocno osłabiony. Brakowało nam Wojtka Halejaka, który świetnie jeździ takie wyścigi, ma wyczucie i dobre rozkręcenie. Lider JBG2 i Corrateca mieli dobrą obstawę. Na takim wyścigu trzeba mieć wsparcie kolegów z drużyny. My mieliśmy siebie co też było sporym atutem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Foto: Maciej Samborski

 

A więc ruszamy, JBG2, Corratec i Mróz na czele. Reszta zawodników raczej obserwowała nasze ruchy z wyjątkiem Aleksandra Dorożały, który skutecznie rozrywał peleton na pierwszych kilometrach. Tuż po starcie zaatakował Krzysztof Krzywy, doskoczył do niego jakiś mniej znany zawodnik i razem zyskali niewielką przewagą, którą na pierwszym odcinku piaskowym o dziwo skasował Radosław Tecław. W końcówce to ja trochę dociągnąłem peleton do Krzysztofa. Trochę mnie to zdziwiło, bo w innym  przypadku na pewno ucieczkę pogonili by kolarze z JBG2 razem z nami. No ale to są ich układy a nam to pasowało.

Kolejny asfalt i znowu grupa razem. Wjeżdżamy na kolejny odcinek szutrowy z taką tarką gdzie wszystkie plomby w zębach wypadają. Tutaj krótka inicjatywa kolarzy z JBG2 którzy próbowali ustawić szosowy „rant” ale zabrakło paru mocnych zmian i konsekwencji w działaniu, dlatego po chwili grupa jechała znowu razem. Na tej tarce sztyca znowu mi opadła !!! Przed zawodami posmarowałem łączenie specjalnym smarem, dałem nową obejmę ale to nic nie pomogło. Teraz wiem jaka jest przyczyna. Otóż moja sztyca karbonowa została pokryta cienką warstwą lakieru, który zdrapał się w Rzeszowie. Teraz ma odrobinę mniejszą średnicę z powodu braku farby i już nic nie pomga, żeby sztyca siedziała cicho.

Musiałem się zatrzymać. Miałem ze sobą klucze i szybko podniosłem siodło. Trochę sił mnie kosztowało dojście do pierwsze grupy, bo akurat w tym momencie atakował Aleksander Dorożała. Nikt jakoś nie włączył się w akcję, peleton zwolnił, a mi udało się ich dogonić. Od tego czasu jechałem z przodu kontrolując sytuację. Na zmiany wychodziłem z rezerwą mając cały czas na kole Bartosza. Na jednym z zakrętów wyprzedza mnie zawodnik. To Sławomir Pituch. Udało mu się uciec z grupy mega i dogonić gigowców. Bardzo dobry ruch taktyczny z jego strony i świetna pomoc kolegów z ekipy. Tym razem Radek pomagał Sławkowi utrzymywać tempo.   

No i się stało. Na około 40 kilometrze słyszę trzask za sobą. Oglądam się, kraksa. Leży Bartosz, Adrian i jeszcze paru kolarzy. Wszyscy wstają i wskakują na rowery. Czub jak spłoszone konie gna do przodu. Ja czekam, widzę czerwony pociąg JBG2 z Adrianem i myślałem, że  Bartosz też jedzie z nimi. Już chcę się włączyć w pomoc przy dołączeniu do czuba i słyszę, że Bartoszowi coś się stało. Bez namysłu odbiłem w lewo i zwolniłem. Patrzę Bartosza nie ma. Zawróciłem i pojechałem w stronę gdzie była kraksa. Patrzę, jedzie. Z daleka krzyczy: ”Robert daj mi koło!” podjeżdża bliżej i już spokojnym tonem: „ ja już chyba nie mogę jechać”. Spoglądam na zakrwawioną twarz Bartosza: ” Ty już nigdzie nie jedziesz!” mówię stanowczo! Szybko zdjąłem potówkę i zawiązałem wokół głowy żeby zatamować krew.

Spojrzałem na rękę – nie wygląda najlepiej, ale chyba złamania nie ma. Bartoszowi wpadł patyk w szprychy i nawet nie wiedział, kiedy się wywrócił.

bartosz w blotku1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zawróciliśmy się bo 3 kilometry wcześniej stał tata Konrada Gorzelaka, który podawał nam bidony. Szybko spakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do szpitala. W szpitalu na ostrym dyżurze pełno ludzi. Na dodatek, co chwila ktoś z wypadku. Oj nie wyglądało to najlepiej. W Końcu doczekaliśmy się na swoją kolej. Chirurg, ortopeda, neurolog, RTG, tomograf. Uff, jest okej, założone tylko 5 szwów na łuku brwiowym, liczne obtarcia i solidne obicia. To wszystko zajęło blisko 4 godziny.

Kiedy emocje już opadły Bartosz podszedł do mnie, mocno uściskał i podziękował za pomoc i za to, że dla niego zrezygnowałem z dalszej jazdy, zrezygnowałem z wyścigu choć solidnie się do niego przygotowywałem. To była moja wygrana, najwspanialsza w karierze!

Robert Banach