Historii Ciąg dalszy….

W 1997 roku przeszedłem do kategorii Elita/Orlik. Na sukcesy musiałem długo czekać. Nie poddawałem się i każdej zimy ciężko trenowałem. W sezonie było różnie, raz lepiej, raz gorzej. Jakoś specjalnie się nie wybijałem, byłem mocnym średniakiem.

Przełom dopiero nastąpił w 1999 roku czyli po 2 latach treningu w Elicie. W 1997 roku Pierwszą edycję Grand PRIX w Kwidzynie nie ukończyłem. Następnie w Sławnie byłem dopiero 20. Już lepiej było w Baligrodzie gdzie przyjechałem na 11 miejscu w bardzo ciężkim wyścigu (wyścig trwał 3 godziny w fatalnych warunkach pogodowych). Ponownie średni dobry wynik zanotowałem w Bełchatowie. 12 miejsce w silnej obsadzie to dobry rezultat jak na pierwszorocznego Orlika. Finał w Książu to 13 miejsce. W następnym sezonie, 1998 roku, zacząłem już troszeczkę lepiej otwierając sezon 10 miejscem w Polanicy Zdrój. Później 15 miejsce w Tomaszowie Lubelskim, 9 miejsce w Baligrodzie, znowu 9 w Krynicy Górskiej i 13 miejsce na finał w Książu. Moja jazda w tych latach była bardzo równa. Systematyczny trening cały czas podwyższał mój poziom sportowy. Brakowało błysku na który tak czekałem, ale zupełnie nie wiedziałem co mogę jeszcze poprawić. Nie miałem trenera, na temat treningu żadnych wiadomości, żadnych publikacji. Trenowało się metodą prób i błędów i korzystało się z tego co można było podpatrzeć od starszych kolegów. Podpatrzeć, ponieważ nikt nie był skory do dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem. Tak trochę błądziłem, ale byłem uparty. Systematycznie trenowałem i realizowałem w 100% plan, który sam sobie ułożyłem. 1999 rok rozpocząłem bardzo słabo. 22 miejsce w Polanicy, to tak jakbym cofnął się 2 lata wstecz. W Tomaszowie Lubelskim byłem 15, w Bytowie 15, szału nie ma. W tym okresie dużo eksperymentowałem, stosowałem dziwne metody i dziwne odżywianie, do tego przyszło załamanie psychiczne i kompletna klapa bo miejsce w 2 dziesiątce mnie nie satysfakcjonowało. Zrobiłem krok w tył. Przełom właśnie nastąpił po wyścigu w Bytowie, gdzie zająłem 15 miejsce, ale jechałem fatalnie. Musiałem coś zrobić, żeby nie zmierzać w złym kierunku. Ustawiłem sobie nowy plan treningowy. Ustaliłem dietę i zacząłem realizować plan krok po kroku cierpliwie czekając na sukcesy. Miesiąc później nie ukończyłem wyścigu w Książu, ale uwierzyłem w swoje siły. Na którymś z okrążeniu złapałem gumę. Podczas długiej wymiany dogoniła mnie czołówka, zdublowała, a ja pojechałem za nimi. Okazało się, że chłopaki wcale tak szybko nie jadą a ja potrafię utrzymać ich tempo. Wyścig “aban”, ale motywacja do pracy wzrosła, tego mi było trzeba. Uwierzyłem w siebie! Na Mistrzostwach Polski w Sławnie koło Opoczna zameldowałem się już na 6 miejscu. Później wygrałem Puchar Polski w Polanicy Zdrój, a na koniec sezonu (wyścig kategorii E2 w Książu) zająłem 2 miejsce przegrywając na własne życzenie z Markiem Galińskim o 16 sekund. Byłem wtedy zdecydowanie lepszy od kadrowiczów Orlików, ale na Mistrzostwa Świata nie pojechałem. Po prostu nie byłem w ogóle brany pod uwagę i nikt mnie nie zgłosił do rezerw rezerwy choć dobrą formę sygnalizowałem dużo wcześniej. Mistrzostwa mogłem sobie pooglądać tylko w telewizji, będąc w życiowej formie. Przecież tak nie powinien wyglądać sport! ach ta Polityka :/. Taka sytuacja jeszcze bardziej mnie zmobilizowała. Z doświadczenia, które opierało się na metodzie prób i błędów wyeliminowałem błędy i to przynosiło sukces. Powoli zaczęły do mnie dochodzić informacje o różnych metodach treningowych. Zrobiłem badania wydolnościowe na gdańskim AWFie i po rozmowie z Fizjologiem dr Jastrzębskim doszliśmy do wniosku, że mój trening muszę głównie opierać na pracy w okolicach progu beztlenowego. Tak też zrobiłem. Zainwestowałem w zgrupowania. Wspólnie z Michałem Bogdziewiczem zrobiliśmy sobie 3 zgrupowania, każde po 2 tygodnie w Borowicach koło Karpacza. Tam męczyliśmy wszystkie podjazdy do bólu. Mieszkaliśmy w spartańskich warunkach, pogoda nie rozpieszczała, ale to nie był żaden problem. Forma szła do góry, ale nie była jeszcze rewelacyjna. Bezpośrednio przed sezonem, wpadła mi w ręce książka “jedz zgodnie z grupą krwi”. Nie czułem się zbyt pewnie, dlatego postanowiłem skorzystać z tych rad, które tam były zapisane, zaryzykowałem. Trochę zmieniłem trening, ponieważ brakowało mi świeżości, byłem zmęczony okresem przygotowawczym.

polanicazdroj lodz

Po lewej. Wyścig w Polanicy Zdrój. I Edycja Grand Prix Langa. 3 miejsce. Po prawej: Łódź Ródzka Góra, 1 miejsce. 

Zacząłem jeździć krótkie treningi o bardzo dużej intensywności. Do tego stosowałem dietę ubogą w węglowodany, bardzo bogatą w wysokiej jakości białko, warzywa i owoce. Momentalnie zacząłem łapać „nogę”. Forma szła do góry a waga w dół. Bezpośrednio przed sezonem ważyłem 58-59 kilogramów a tkanka tłuszczowa osiągnęła poziom 1%. Na pierwszym wyścigu w Łodzi zdemolowałem konkurencję, a 3 dni później w Polanicy po raz pierwszy stanąłem na podium ( 3 miejsce) w Grand Prix Langa. Przegrałem z Markiem Galińskim o 1 minutę i 50 sekund oraz z Marcinem Karczyńskim o 40 sekund. Na następnej edycji w Bytowie byłem 4 ale do zwycięzcy, Marka Galińskiego, dzieliło mnie tylko 58 sekund. Drugi był Mariusz Kowal a trzeci Marcin Karczyński. Ten wyścig mogłem wygrać, gdybym nie popełnił dwóch fatalnych błędów. Po starcie się zagapiłem i na drugą rundę wjechałem z 20 pozycji. Później byłem zdenerwowany świadomością, że mogę wygrać i na zjeździe zaliczyłem upadek, który mnie dużo kosztował. Rok 2000 był rokiem olimpijskim a Kadrowicze (Galiński, Karczyński, Kowal) walczyli o wyjazd na Igrzyska, było tylko 1 miejsce wolne. Po Bytowie trener kadry, Andrzej Piątek w końcu dostrzegł mój potencjał i zostałem powołany do kadry. W Kadrze duże zmiany. Trener Piątek zaczął stosować nowatorski plan treningowy, oparty na kierunkowym treningu dostosowanym do indywidualnych potrzeb każdego zawodnika. Kolosalna różnica w porównaniu zdo roku 1996.

macedonia

Reprezentacja Polski w kolarstwie górskim na wyścigu szosowym dookoła Macedonii. Na zdjęciu Marcin Karczyński SCOTTUSA i Robert Banach SCAPIN Campagnolo RECORD. 

W Tomaszowie Lubelskim już jako kadrowicz wywalczyłem 2 miejsce, przegrywając z Mariuszem Kowalem o 28 sekund. Mariusz wygrał ze mną, bo był bardziej cwany. Zaatakował wtedy, kiedy jadłem żelka. Kilka sekund wystarczyło i było pozatamiatane. Najważniejsze, że czułem się coraz pewniej. Trener miał bardzo dobrze ustawione zadania treningowe, ale to ja miałem opracowany system diety. W „kadrze” wtedy do jedzenie nie przywiązywało się tak dużej wagi. Jadło się to co było na stole, a w Polsce kuchnia jest kiepska, do tej pory to się nie zmieniło. Zrezygnowałem z jedzenie Kadrowego/hotelowego i żywiłem się na własny rachunek, zabierając ze sobą elektryczną kuchenkę na parę wodną. Narobiłem sobie dodatkowych kłopotów, a koledzy traktowali mnie jak odmieńca. Psychicznie mnie to dużo kosztowało. Nie poddawałem się i robiłem swoje. Myślę, że moja podejście do jedzenia i dobieranie odpowiednio produktów spożywczych przyczyniło się do innego spojrzenie na żywienie, zarówno wśród zawodników jak i Trenera, ale to oni powinni się wypowiedzieć na ten temat. Wiem, że w następnych latach parowarów w kadrowych torbach było więcej ;-). Pojechałem w końcu na wymarzone Mistrzostwa Świata do Sierra Nevada/ Hiszpania. Trener Piątek świetnie zaplanował nasze przygotowanie. Wyjechaliśmy do Sierra 3 tygodnie wcześniej aby się dobrze zaaklimatyzować. Wyścig odbywał się na poziomie 2100 m.n.p.m. Trasą mieliśmy obcykaną do perfekcji, a ta nie była łatwa. Po raz pierwszy spotkałem się na niej ze sztucznymi dropami. Przygotowani byliśmy bardzo dobrze. Sam wyścig długo będę pamiętał. Zacząłem dobrze, jechałem w okolicach 17 miejsca i cały czas się przebijałem. Co chwila mijałem kolejnych zawodników, przebiłem się na 9 miejsce, później już byłem 7. No i …GUMA! Przed startem miałem założone Crossmaxy i Micheliny bezdętkowe, które dawał sponsor kadry i używanie tego zestawu było obowiązkowe. Pierwsze tubellesy bardzo, bardzo ciężko schodziły i na założenie dętki straciłem dużo czasu. Po defekcie odrabiałem straty, no i na ostatnie rundzie znowu guma! Już nie miałem zapasów i ostatnie 3 kilometry biegłem z rowerem. Pomimo tych defektów ukończyłem Mistrzostwa na 30 miejscu!

mistrz

Mistrz Polski U-23 i Vice Mistrz Polski Elita. Rok 2000. Tytuł zdobyty na rowerze Cannondale F2000SL. Przerzutki XTR M960, Koła MAVIC CrossMAX, Hamulce V-Breke XTR M960 

Po powrocie do kraju przyszedł największy sukces, Mistrzostwo Polski w młodzieżowcach i vice Mistrzostwo w Elicie. Marek Galiński, który już szykował się na Igrzyska był tylko lepszy. Przewagę Marek miał dość dużą na tym wyścigu. Ja 2 rundy do końca miałem solidnego dzwona i jechałem z mocno obitym barkiem co mnie spowolniło. Tydzień Później odbyły się Mistrzostwa Europy w Holandii, a ja jechałem na nie z kontuzją. Barku nie zdążyłem wyleczyć i na ME jechałem na pół gwizdka co i tak nie przeszkodziło mi w zdobyciu dobrego miejsca. 23 to całkiem dobry rezultat. Sezon 2000 był dla mnie najlepszym w całej mojej karierze, spełniły się moje marzenia. Po sezonie podpisałem kontrakt z pierwszą grupą zawodową Lotto-PZU S.A. i to był koniec bez Happy Endu. W 2001 nastąpił armagedon, zostałem „zawieszony” na 6 miesięcy, nie ukończyłem żadnego z Grand Prix, psychicznie zostałem wdeptany głęboko w ziemię. Taki jest sport, wygrywa tylko najlepszy choć dużo osób równie ciężko pracuje i powiem Wam, że warto próbować, dla paru pięknych chwil, których nikt nie odbierze.

Robert Banach