Nareszcie. Puchar Polski wrócił w góry. I choć tylko na chwilę, to wrócił w dobrym (choć jeszcze nie wielkim) stylu. Wiem, że wielu „życzliwych” uważa mnie za asfaltowego sprintera, ale ja naprawdę lubię ściganie w solidnych górach. Tym bardziej, jak jest się z kim poganiać. A na Skandii było z kim, oj było!

 

{gallery width=500 height=350}BARTOSZ/buko_lubrza/buk2.jpg{/gallery}

Start w Bukowinie

 

Race day. Od rana pełna lampa, przyjemna temperatura, lekki wiaterek. Miód malina. Punkt jedenasta strzał startera i poszły konie po betonie. Dosłownie, bo miasteczko zawodów usytuowane było na terenie Hotelu Bukovina Terma Spa, gdzie kostki z polbruku było co niemiara. Od początku tempo robili zawodnicy JBG-2. Ja również dokładałem swoje do pieca. Pierwsze sztywne podjazdy uformowały czołówkę, w której kręcili: Mariusz Kowal, Piotrek Brzózka, Darek Batek, Alex Dorożała no i ja. Przyznam się – dość szybko zaczęły mi się palić wszystkie kontrolki ostrzegawcze, a wskazówka obrotomierza cały czas „czesała czerwone”. To było pewne – takim gazem nie przejadę tego wyścigu. Szybka kalkulacja – lecę „na pełnej” do premii Shimano, tam powalczę, a potem niech się dzieje co chce. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Gdy na horyzoncie pojawiły się niebieskie flagi z logo producenta przerzutek i kołowrotków wędkarskich przerzuciłem manetę i odpaliłem. Do kreski ciąłem się z Mariuszem Kowalem. Wygrałem. Ale tylko w moim mniemaniu. Na mecie okazało się, że chip Mariusza załapał wcześniej i miał on lepszy czas na kresce, mimo, że to ja przekroczyłem ją pierwszy. Organizator nie za bardzo się tą kwestią przejął, podobnie mój rywal. Podobno w analogicznej sytuacji na dystansie Medio o przyznaniu nagrody decydowała fotoanaliza finiszu. Mi nie było dane takiego zdjęcia zobaczyć. Może jechaliśmy za szybko? A może wszyscy po prostu chcieli już iść na obiad, jechać do domu albo wygrzać się w termach a tu jakiś Banach robi problemy. Mniejsza z tym. Niech koła (które były nagrodą za zwycięstwo na premii) służą Mariuszowi długo i niezawodnie 🙂

 

{gallery width=500 height=350}BARTOSZ/buko_lubrza/buk3.jpg{/gallery}

 Pojedynek z Alexem

 

Po walce na premii zluzowałem. Serię sztywnych podjazdów pokonywałem początkowo sam, a później w towarzystwie Alexa, którego udało mi się najść. Pokonywałem, nie znaczy jechałem. Set przełożeń który miałem do dyspozycji (38-42) okazał się za twardy na niektóre tatrzańskie podjazdy (a mówiłem! – przyp. red.). Na jednym z nich zmieniłem więc napęd ze SRAMa na Sidi, a niektóre pozostałe pokonywałem z kadencją niemal jednocyfrową. Prowadząca trójka była wciąż w zasięgu wzroku. Z Alexem jechaliśmy mocno, dając równe zmiany. Jak się okazało dla mnie za mocno. Na drugiej rundzie traciliśmy do podium na tyle dużo, że mając w planie wyścig w Lubrzy następnego dnia, postanowiłem odpuścić Alexa i samotnie kontynuować jazdę. Zawodnik z Wielkopolski był tego dnia bardzo silny. Skrzydeł dodawał mu też jego nowy rumak spod znaku dużego „S” w pięknym czarnym macie. Alex, noga przed TransAlpem – wzór! Ostatni lap leciałem solo jednak bez bajo bongo, bo z tyłu naciskał Tomek Drożdż. Nie dałem się jednak zawodnikowi JBG-2 i zameldowałem się na 5 pozycji. Strata do zwycięzcy rzędu 10 minut na niespełna 3h jazdy to oczywiście spory debet. Biorąc jednak pod uwagę to, że w górach bywam rzadko (tym bardziej na wyścigach) i mimo, że tereny Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego (gdzie często trenuję) usiane są fajnymi wzniesieniami to jednak raczej pagórkami, a nie górami, uznaję ten rezultat za przyzwoity. Po wyścigu jeszcze wizyta w termach, szałer i do gabloty. Przede nami pięć stów do pokonania w drodze na zawody z cyklu Grand Prix Kaczmarek Electric MTB.

 

{gallery width=500 height=350}BARTOSZ/buko_lubrza/buk4.jpg{/gallery}

 SRAM – off, Sidi – on

 

Meteorolodzy nastraszyli nas burzami i deszczami, a od rana w Lubrzy przywitała nas wysoka temperatura i lampa jak z Costa Brava. Na starcie zjawiła się spora grupka lekko podmęczonych zawodników, którzy podobnie jak ja poprzedniego dnia ścigali się w Bukowinie. Przybył też świeżutki jak bułeczka z Lidla Przemek Ebertowski no i przede wszystkim poobijany Marek Konwa, który stanął na kresce mimo nieprzyjemnego spotkania z samochodem, który na zepchnął go do rowu podczas treningu. Kierowcy, miejcie dla nas trochę litości! Nikt nie trenuje na szosie, żeby robić wam na złość. Rower to nie jest jakas fanaberia. Weźcie pod uwagę, że ktoś pracuje lub spędza wolny czas siedząc przy komputerze, drugi zbiera liście w parku, a jeszcze ktoś inny jeździ na rowerze. Taki ma sposób na życie i tak zarabia pieniądze. Share the road! Kurde, ile można w kółko o to apelować?! No nic, wróćmy do sportowej rywalizacji!

 

Od początku tempo robi Ebert, który znany jest z tego, że lubi przycisnąć od startu, niczym Frog z BMW :-). Na pierwszym zwężeniu na czoło wychodzi Marek Konwa i dorzuca do rozbuchanego już pieca. Wszystko zaczyna się rwać. Zawodnikowi z Zielonej Góry koło przytrzymuje tylko Andrzej Kaiser. Ja zostaję w grupie z Mariuszem Gilem, Kacprem Szczepaniakiem i Krzyśkiem Krzywym. Teamowo: 2 do 2. Od razu siadamy do roboty i zaczynamy gonić uciekającą dwójkę. Takie było założenie. Ale jak mawia Siara, „taki plan to ja mam zawsze”. Łatwo pomyśleć, trudniej zrobić. Liderzy też nie zasypiali gruszek w popiele tylko ładowali srogi gaz. Co gorsza, na drugą rundę wjeżdżałem bez Krzysztofa. Wiedziałem, że dla doświadczonych zawodników teamu Agrochest to jak wygrany los na loterii i nie przepuszczą okazji, żeby spróbować mnie ubić przed finiszem jak muchę w kiblu. Widzę jednak, że Krzysiek powoli się do nas zbliża. Kristo solidne, niemieckie 1.9 TDI – na szybkich trasach nie ma sobie równych. Niestety, gdy tylko nas doszedł, okazało się, że wypięło mu się tylne koło. Myślicie, że odpuścił? Skądże. Szybki pit-stop i rozpoczyna gonitwę na nowo! Ostatnie kilometry to wzajemne czarowanie, jazda z nóżki na nóżkę, krótkie ataki.

 

Czerwona flaga-ostatni kilometr do mety. Czas na ostatnią rundę pojedynku. Wyprowadzam pierwszy cios – przeładunek na ząbek niżej, staję w pedały i ruszam ile fabryka dała. Mariusz lekko się słania, ale Szczepan „ustał” i mi poprawia. Uderzenie jest mocne ale wysoko stawiam gardę, przetrzymuję jego atak i wyprowadzam kontrę. Szybki lewy sierpowy i w ostatni zakręt wchodzę pierwszy. Ale Kacper to twarda sztuka, nie daje za wygraną, atakuje zajadle i wysuwa się na delikatne prowadzenie. 300m. Cholera, jadę maxa, nogi pieką jak kebab na ostro a tu jeszcze trzeba dorzucić. No jak trzeba, to trzeba! Pora na ostateczne uderzenie. Wóz albo przewóz. Zrzucam jeszcze niżej, przyśpieszam i wyprzedzam zawodnika Agrochestu o długość roweru. Ostatni gong, koniec walki. Za mną na metę wpada drugi błotniak – Mariusz Gil. Szczepan kończy sekundę później. Umordowany pogonią Krzychu melduje się na finiszu 9 sekund za nami.

 

Podsumowując. Weekend – ciężki. Nogi – beton. Czuję już zmęczenie pierwszą częścią sezonu. Przede mną jeszcze start w Pucharze Polski w Krokowej. Później już chwila na upragniony (choć krótki) relaks!

 

Obczajcie jeszcze fajne fotki z Bukowiny. Dziękuję Magdzie Wójcik i Maratomanii za udostępnienie zdjęć!

 

{gallery}BARTOSZ/buko_lubrza{/gallery}

 

Bartosz Banach,

(red. Wojtek Wożniak)

(fot. Magdalena Wójcik, Maratonmania.pl)