Miał być Blitzkreig a była Wojna Pozycyjna.

Przywitało nas piękne słońce. Pomimo, że zawsze pogoda i trasa  jest dla wszystkich taka sama to fajnie-lepiej ścigać się w komfortowych warunkach. Trasa w Stężycy była płaska, choć w niedalekiej odległości mieliśmy do dyspozycji pokaźne przewyższenie w kotle góry Wieżyca liczącej 329 m.n.p.m. Większość z nas na trasie nie była. Dla każdego uczestnika była ona niespodzianką. Opis trasy był taki sobie. Jakiś zjazd techniczny, jakieś podjazdy. Zjazd techniczny nie był techniczny, tylko niebezpieczny. Luźne kamienie, resztki z budowy, które ktoś na tym zjeździe rozsypał, aby wzmocnić podłoże dla sforsowania górki przez czterokołowce, było przeszkodą gdzie wielu uczestników łapało gumę. Kilka podjazdów, nawet ciekawych, okazało się zbyt krótkich i nie tak wymagających żeby poszarpać czołówkę. Nie ma co narzekać, to jest jeden z etapów do końcowej weryfikacji.

Zaraz po starcie liczyłem na mocne ataki. Liczyłem na uderzenie klinem Panzerkampfwagen wspomaganym bombardowaniem przez Sztukasy i szybki odjazd grupy atakującej pozycję przywódcy. Już po starcie prowadzenie objął lider imprezy i średnim tempem nadawał ton rywalizacji, dając do zrozumienia kto tu rządzi. Brak jakichkolwiek szarpnięć dodawało pewności zawodnikowi EDF Trek Gdynia. To był świetny manewr psychologiczny. Ataków na początku  nie było. Dopiero jak wszyscy się rozgrzali Front uderzył… ale to było za późno.

Panzer (Bartosz Banach- Torus Apteka Gemini) ruszył do ataku w asyście Sztukasa (Michała Bogdziewicza- Apteka Gemini). Liczne ataki nic nie zmieniały. T34 Łukasz Derheld brał na klatę większość pościgów, odpierał ataki. Mocny pancerz i porządne uzbrojenie z łatwością parowało ataki Grupy Osi. Łukasz nie tylko kasował ucieczki, ale sprawiał wrażenie jakby za każdym przygazowaniem wymieniano mu silnik na nowy- przewaga liczebna? Po kilku szarpnięciach mocno kontrował Przemysław Ebertowski- King OSCAR. Podobał mi się ten skok, taki bez przeliczania. Przemek zdobył niewielką przewagę  i bronił ją za wszelką cenę. Do pogoni ruszył Krzysztof Krzywy-Nexus Team. Peleton mocno się ponaciągał. Wjechaliśmy w najtrudniejszy odcinek. Tam nie było litości. Ruszył Derheld, poprawił Bogdziewicz. Jak już miało dojść do selekcji to górki się skończyły i znowu przeszliśmy do Walki Pozycyjnej.

Szybko przeliczyłem: szarpnięcia po 700 watów a później jazda na poziomie 200, dają jakieś 370 mocy znormalizowanej. Jak będę jechał równym mocnym tempem to wytrzymam te ataki nie wchodząc w strefy beztlenowe, które dla tak przygotowanego zawodnika jak ja, są zabójcze. Jechałem na kicie i regulowałem gaz w wąskim zakresie, tak żeby nie odpaść od czołówki jadąc maksymalnie ekonomicznie. W ogóle taki miałem plan, żeby się nie wychylać, żeby trzymać do końca wątłe możliwości w porównaniu do konkurencji i wystrzelić tam gdzie trzeba, spróbować, powalczyć…. Tak też zrobiłem.

Zaatakowałem w momencie kiedy towarzystwo było uśpione. Zyskałem przewagę. Na długim odcinku prostym oglądałem się za siebie, peleton stał w miejscu, a moje nogi wyły z bólu. Mówię do siebie: Robert dawaj, dawaj, do okopów, tam gdzie nie będą ciebie widzieli, nie będziesz narażony na obstrzał. Chłopie! znikaj im z oczu! Po odcinku, który trwał wieczność wjechałem w zarośla i jak partyzant próbowałem zyskać choćby odrobinę przewagi i zyskałem. Nogi były  zmęczone. Na wszystkich ostatnich startach odcina mi mocy po 60 minutach. Mięsień mam zbity i zakwaszony. Choć serce i płuca mogą to mięsień nie ma siły. Trochę tak jest, że napięcie i moc, która trzyma mnie w tygodniu, gdzie mam obowiązkowe zajęcia, jakoś odpuszcza w  niedzielę i w tym czasie staję się bezbronny. Muszę działać inaczej tak, żeby koncentrację  i maksymalną mobilizację przenieść na ostatni dzień tygodnia.

Powracając do mojej szarży, to udało mi się utrzymać przewagę do najtrudniejszego odcinka i był to dla mnie sukces, bo wiedziałem, że grupa pościgowa w tym miejscu pójdzie pełnym ogniem i mnie skasuje, ale w okrojonym składzie, który będzie już podążał na metę. Tak się stało. Grupa mnie dopadła, poszatkowana,  zaraz po najtrudniejszych odcinkach. Już byłem usatysfakcjonowany. Po kilku skokach gdzie ponownie, rozpaczliwie, szukałem swojego szczęścia do głosu doszedł zawodnik Komobikes Brwinów Jan Czapliński. Janek narzucił bardzo mocne równe tempo. Byłem ugotowany i ledwo co spawałem grupę. Janek nie zwalniał. Na jednym z podjazdów byłem na odstrzale, ale wtedy Bartosz niczym Palec Boży lekko mnie pchnął dzięki czemu złapałem koło. Dzięki Brat! Dalsza część trasy była na remis. Komobikes nie zwalniał tempa. W sumie fajnie, że nas doholował, ale zupełnie nie rozumiem jego taktyki, pewnie trenował ;-). Na koniec dojechało do nas jeszcze kilku zawodników: Majkowski, Różański i Korbus . Wszyscy mocno poszli na finisz. Odpuściłem, nie miałem za grosza dodatkowych watów. Jestem dumny z siebie za postawę i atak, który wykonałem. Gratulacje dla Łukasza za świetną jazdę i piekielnie dobrą dyspozycję przygotowaną na ostatnie wyścigi w sezonie. Powracam do deski kreślarskiej i szkicuje formę na ostatnią bitwę. W finałowej edycji trasa jest już na odpowiednim poziomie, będę musiał spojrzeć prawdzie w oczy.

 

zdjęcia z I edycji w Wejherowie

foto: Facebook.com/Fotobikermtb