Kolejny raz transformuje przeciętny rower z różnych gratów, które walają się po serwisie.

Rower specjalny, bo dla syna Kubusia.

Przeobrażenie przeszedł rower Kona Fire Mountain z 2001 roku. Marka znana od lat. Zawsze mi się  kojarzyła z awangardowym podejściem do wyścigów XC. Osoby kupujące Konę podchodziły do zawodów na luzie, mieszając gatunki. Wprowadzali zachowanie i styl  zawodników zjazdowych, byli takimi współczesnymi  autsajderami. Tak to z moich młodzieńczych latach odbierałem.

Kona Trafiła w moje ręce przypadkowo i od razu zamierzałem zbudować na niej rower wyścigowy dla dzieci. Nadrzędnie chciałem zapakować jednonogiego Lefty. Udało się założyć widelec po lekkim przycięciu ramy. Miejsce cięcia splanowałem, żeby układ kierowniczy pracował precyzyjnie i niezawodnie. Udało mi się odtworzyć prawie idealnie wysokość główki ramy względem oryginału, co mam nadzieję wpłynie na dobre prowadzenie.

Zamontowane koła to Mavic Crossmax. nie udało mi się odnaleźć identycznych kół gdzie przód byłby pod tarczę a tył na szczękę, aczkolwiek wyszło całkiem zabawnie i jest w tym jakaś spójność. Na kołach Hutchinson Python w wersji Tubeless.

Hamulce, ciekawa sprawa, zainstalowałem bardzo unikalne zestaw szczękowo-hydrauliczny od Wendlera. Podłączyłem je do klamki hamulcowej Shimano. Wszystko pasowało jakby było wykonane w tej samej fabryce. Wendler i Shimano pracują na oleju mineralnym.

Napęd. Jest nowy. Kaseta , przerzutka i manetka to Sram GX. Przy kołach 26 calowych tylna kaseta 11-42 wygląda jak nowoczesny Eagle w dużym kole. Z przodu na korbie Aerozine przykręcona zębatka E13. Od tego samego producenta jest jeden z pierwszych „napinaczy”.