Ewolucja i moda rowerów MTB w Polsce na przełomie ostatnich 20 lat.

W kolarstwie najbardziej podoba mi się połączenie możliwości psychofizycznych człowieka z nowoczesną techniką. Mało jest sportów w których mamy taką symbiozę. Bo co można w piłce nożnej wymyśleć? Bardziej okrągłą piłkę, czy mocniejsze “korki”?

Bez urazy, w piłce nożnej też jest zawarty jakiś postęp technologiczny, ale jest on tylko ułamkiem, setną, marginesem, tego co się dzieje w rowerowej ewolucji. Porównując sprzęt, szczególnie rowery górskie, jakość i szybkość jazdy wzrasta, dzięki postępowi technologicznemu. Różnice są konkretne! O tym się sam przekonałem startując na rowerze z 1989 roku w ubiegłorocznym maratonie konkurując z zawodnikami na nowoczesnym sprzęcie. Choć moje umiejętności są na podobnym poziomie co zwycięzcy maratonu, Przemka Ebertowskiego, to różnica w sprzęcie dała czas ponad 20 minut straty. Myślę, że jakby trasa była bardziej wymagająca to różnica by się powiększyła.

alan

Od początku mojej kariery towarzyszyłem rozwojowi technicznemu i doświadczałem jakie nowe możliwości dawał sprzęt wypuszczay na rynek. A było tak:

Kiedy rozpoczynałem moją przygodę z kolarstwem górskim w Polsce dopiero ten sport raczkował. Sklepy rowerowe na pewno w tych czasach przeżywały renesans, a moda na rower górski mocno zasiliła ich konta. Nastąpił rozkwit, choć sprzęt z wysokiej półki mogliśmy tylko pooglądać w katalogach. Atrybutem młodego polskiego zawodnika w tych czasach było parę kultowych rzeczy w które musiał być wyposażony każdy rower, aby nazywał się wyścigowym. Po pierwsze dobre opony. Jedyne słuszne, produkowane były w Japonii i nazywały się Panaracer SMOKE! Po te opony jeździliśmy do hurtowni rowerowej w Ząbkach koło Warszawy lub zdobywaliśmy je jakimiś innymi kanałami.

smoke

Była to rzecz niezbędna, podnosząca na pewno prestiż, w dzisiejszych czasach tak zwaną stylówę. Nawet teraz kupiłem sobie takie, ponieważ cały czas są one produkowane. Pomimo że nie należą do najlżejszych są synonimem maksymalnej kontroli i bezapelacyjnej mega przyczepności. Panaracer Smoke był produkowany jako opona na tył z potężnym bieżnikiem ułożonym prostopadle do kierunku jazdy. Na przód była odmiana Panaracer Smoke Dart z klockami ułożonymi wzdłuż toru jazdy co gwarantowało super trzymanie na zakrętach. Z hamowanie przedniej opony było gorzej, dlatego później poszedł patent, aby zakładać dwa Smoke na przód i tył. Tak większość zawodników robiła.

dart

Kolejnym niezbędnym gadżetem, wręcz mitycznym, było siodło Selleitalia FLITE! Żaden szanujący się zawodnik nie zakładał nic innego. Rama, osprzęt się nie liczył. Miałeś Flite lub Panaracery byłeś gość i z każdej taczki te dwa gadżety robiły super wyścigową maszynę. Siodło było jeszcze bardziej niedostępne i szło miesiącami z zagranicy. Każdy z nas miał jakieś znajomości więc sobie radziliśmy. My mieliśmy Tatę marynarza, więc ze zdobyciem Panaracera i siodła Flite nie było problemu, to było tylko kwestią czasu.

flite

Marka rowerów jaka królowała na początku w naszej wyobraźni oraz królowała na rynku polskim był SCOTT i długo, długo nic. Po pierwsze SCOTT był sponsorem nasze rodaka Jana Wiejaka, który wyemigrował do Stanów.

janwiejak

Startował w teamie fabrycznym Scott’a i świetnie sobie radził w Pucharze Świata MTB. Nie pamiętam czy kiedykolwiek wszedł na podium, ale na pewno zajmował miejsca w pierwszej piątce w cyklu z 1993 roku. Inne znaczące marki na zawodach z cyklu Puchar Świata, takie jak: Klein, Cannondale, GT, Yeti, Raleigh, Specialized były absolutnie dla nas nieosiągalne, choć niektórzy w Polsce mieli podobny sprzęt, tak jak Andrzej Bycka, który dysponował Cannondalem z HeadShok i ramą typu Delta V.

cannondalebycka

Po drugie Scott był sposnorem najlepszego klubu w tamtych czasach, LKS Optex SCOTT Opocznianka. Barul, Galiński, Wysmyk, Biernacki, Stępień, wszyscy Ci zawodnicy jeździli na rowerach marki Scott, nie był to najwyższy model PRO RACING, ale sprzęt i tak był godny uwagi. My nazywaliśmy ich Skociarzami i zaszczytem było nie dostać od nich na zawodach dubla. Po trzecie SCOTT opanował rynek, przynajmniej w Trójmieście. Ja oczywiście też dostałem SCOTTA od rodziców, za zdanie egzaminu do ogólniaka. Kupiony został w sklepie słynnego kolarza szosowego, Mistrza Świata, Pana Tadeusza Mytnika w Gdyni. Pan American Super na Shiamano Deore XT za 18500000 złotych! To była piękna maszyna, choć rama była ciut za duża. W późniejszym okresie Scott ucichł. Na rynku polskim zaczęły się pojawiać inne marki, a klub z Opoczna przesiadł się na rowery GIANTA. Na całym Świecie symbol marki Scott zaczął być coraz mniej znaczący. Odbicie od dna nastąpiło dopiero po 2002 roku.

Ostatnim atrybutem były pedały zatrzaskowe. To był prawdziwy przełom w dziejach kolarstwa. W MTB początkowo jeździłem na noskach, dopiero po jakimś czasie Tata przywiózł mi pierwsze zatrzaski Shimano PD-M525 z butami Shimano o rozmiar za duże. Ale to nic, komplet był bezbłędny i całą zimę leżał na głównej półce czekając na nadchodzący sezon. Modelem wyższym były pedały o symbolu PD-M737 które dedykowane były zarówno do grupy XT jak i XTR. W najwyższym modelu zatrzask blokował próg zarówno z przodu jak i z tyłu. „Es-pe-de” M737 jak potocznie je nazywaliśmy ważyły 500 gramów!

PDM737

Tak rozpoczynaliśmy swoją przygodę z kolarstwem górskim. Forma równolegle rozwijała się z rozwojem technologicznym sprzętu. Jeździliśmy szybciej a nowinki techniczne poszerzał nasze możliwości. Zapraszam do kolejnych odsłon cyklu tego opowiadania.

Robert Banach