Błotem po twarzy.

Kolejnym maratonem wpisanym w naszym kalendarzu startów była I Edycja Maratonu MTB z cyklu Bike Maraton organizowanego przez Macieja Grabka. Pierwsza odsłona odbywa się, jak co roku, koło Wrocławia. Jak to w kwietniu bywa, pogoda potrafi być kapryśna i tym razem nie zawiodła

w negatywnym tego słowa znaczeniu. Od rana siąpił deszcz, który co chwila zamieniał się w ulewę. Do tego niska temperatura i zimny wiatr, który potęgował uczucie zimna. Gorzej być nie mogło. Jeszcze przełaj czy XC można jakoś „przelecieć” ale dystans giga maratonu w takich warunkach to już nie lada wyczyn. Na pocieszenie pozostawał fakt, że wszyscy zawodnicy mają jednakowe warunki.

 Bez narzekania stanęliśmy na linii startu, odpowiednio ubrani i przede wszystkim zmotywowani co przy takiej aurze jest dodatkowym plusem. Motywacja, silna wola i słowo muszę, muszę walczyć, muszę dojechać do końca. A móc to chcieć- jest od razu lepiej. Dodatkowo musiałem a raczej chciałem bronić honoru banachbrothers bo występowałem bez Bartosza. Niestety Bartkowi po ostatnim maratonie w Otwocku z nie wiadomo jakich przyczyn uszkodziła się rama. Pojawiło się pęknięcie w okolicach tylnego zacisku hamulcowego, które nie wyglądało jak zmęczenie materiału a bardziej jak jakieś uderzenie. Rama musiała być naprawiona i nie dotarła na czas przed zawodami.

Przed startem świetnie prezentował się Wojtek Halejak i Michał Kowalczyk. To po zawodniku widać, czy jest w formie czy mu jej brakuje. Uśmiech na twarzy, bystre spojrzenie i ten błysk w oku. Mnie nie można oszukać, wiedziałem, że Wojtkowi noga będzie podawać. Na starcie pojawił się także Bartosz Janowski- bardzo dobry zawodnik, którego nie muszę przedstawiać. Był Mariusz Kozak, Dariusz Poroś, ekipa BSA Pro Tour i cała czołówka kolarzy walczących o generalkę w BIKE MARATONIE.

Od startu jechaliśmy cały czas z przodu, bez narzucania bardzo mocnego tempa. Każdy walczył o wysoką pozycję, ponieważ na przodzie tak nie chlapało. Jazda za kimś na kole owocowała maseczką błotną na twarzy i brakiem jakiejkolwiek widoczności. Kiedy wpadliśmy na gliniastą łąkę, Wojtek jechał równym mocnym tempem na przodzie. Z tyłu zaczął się kocioł bo zwarta grupa musiała jechać gęsiego i szukać jak najlepszego przejazdu a raczej szukać przyczepności. W tym momencie jechałem na 3 pozycji i nic już nie widziałem. Jazda na ślepo była niebezpieczna, cały czas mną rzucało, nie widziałem kolein. Nie chciałem zdejmować okularów, tylko co jakiś czas je przecierałem rękawiczką. Mam złe doświadczenie z jazdą bez oksów i na tyle wrażliwe oczy, że jakbym nie miał okularów to od razu mógłbym się wycofać albo jechać prosto do szpitala na płukanie „gałek”. Tak więc, jechałem naślepo przecierając okulary co jakiś czas. Wojtek, Michał, Mikołaj Jurkowlaniec oraz ja- taka ukształtowała się czołówka. Zyskaliśmy przewagę i cały czas ją powiększaliśmy. Mikołaj jadący za Wojtkiem zaczął puszczać koło. Szybko zareagował Michał i przeskoczył do Wojtka. Ja miałem zamiar zrobić to samo, ale utknąłem w jakiejś koleinie i chłopaki mi odjechali na 100 metrów. Szybko dogoniłem zawodnika TC Felt Chrobry, jechałem za nim chwilę i mocnym szarpnięciem spróbowałem doskoczyć do kolegów z grupy. Jechałem mocno, ale nie mogłem zdecydowanie depnąć bo zimno blokowało moje mięśnie. I tak „wisiałem” przez blisko 20km utrzymują około 200metrów straty. Próbowałem krzyknąć, machnąć, ale ani Wojtek ani Michał mnie nie widzieli i nie słyszeli. Kurcze, mówię sobie, żeby chociaż raz spojrzeli się do tyłu. Zmarznięte nogi kręciły tylko równym mocnym rytmem. Nie mogłem przyspieszyć choć parę razy próbowałem. Czekałem na jakiś nawrót na trasie albo miejsce gdzie mnie w końcu zobaczą. Dopiero na rozjeździe giga/mega było odpowiednie miejsce. Z całych sił krzyknąłem „WOJTEEEKKK”. Wojtek mnie zobaczył. Zwolnił, a ja dojechałem mu do koła. Chociaż o „kole” nie było mowy, bo nie dało się za kimś jechać tak jak wcześniej pisałem. Więc sobie jechaliśmy razem bo to jakoś przyjemniej, ale osobno, ponieważ każdy swoim torem. Halej narzucał tempo a ja próbowałem je utrzymać. Na dwóch krótkich odcinkach po asfalcie mogłem złapać trochę oddechu i podjechać pod koło Wojtka co by dostać trochę czystej wody na okulary. No nareszcie coś widziałem. Pokonywaliśmy kolejne kilometry w coraz to większym błocie. Duża część zawodników z dystansu mega na cięższych odcinkach pchała rowery. W takim terenie najlepiej jechać na ciężkim biegu z dużą siłą. Równo, mocno i powoli kręcić. Niskie obroty i wysoki moment obrotowy tak jak silnik diesel’a. Ci którzy próbowali wrzucać bieg na wyższy szybko zakopywali się w śliskim błocie. Wysokie obroty nie sprzyjają bagrowaniu po takim podłożu. Wojtek zastosował w swoim rowerze sprytny przedni błotnik a jego rower przypominał super-moto. To było świetne rozwiązanie. Jako jedyny Wojtek przyjechał jakby startował w innym wyścigu, był całkiem czysty. Przynajmniej tak wyglądał w porównaniu do całej reszty. Na 5 kilometrów do mety Halej pojechał swoim tempem. Jego energia roznosiła a ja zacząłem słabnąć. Nie było już sensu jechać razem tym bardziej że nic to nie dawało. Mieliśmy bezpieczną przewagę i tak dojechaliśmy do upragnionej mety.

rob_namecie robert

Podsumowanie. W tym samym czasie odbyły się zawody W Murowanej Goślinie oraz Piasecznie. Łącznie imprezy zebrały około 3500 uczestników. To świetny wynik patrząc na niesprzyjającą pogodę za oknem. Aż strach się bać co będzie w maju, bo podobno ma być już ładnie. Na razie większość rowerzystów musi doprowadzić do porządku rowery po tych błotnych przejazdach. Linki, pancerze, klocki hamulcowe- wszystko do wymiany. Łańcuch zużyty, tarcze podjechane- czeka nas generalny remont. Rynek części zużywających się i serwisów rowerowych ma pełny uśmiech na twarzy, organizatorzy zacierają ręce a sami uczestnicy,patrząc na frekwencję, też są zadowoleni. Tak trzymać!

Robert Banach, foto.Cyryl Szweda