Wczorajszym wyścigiem zakończyłem start w sezonie przełajowym. Wystartowałem tylko w 4 imprezach zaliczając wszystkie zawody rangi mistrzowskiej. Mistrzostwa Okręgu Pomorskiego, Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata i Mistrzostwa Polski. Zająłem na nich odpowiednio 1,4,10 i 3 miejsce. Bardzo chciałem ten sezon zakończyć zdobyciem Koszulki Mistrza Polski, ale rywale przygotowali się wybornie, zaskakując mnie formą. Patrząc na moje przygotowania to powinienem się cieszyć ze zdobycia brązu. Więc bardzo się cieszę i opisuję jak wyglądały przygotowania i sam start.

SEZON PRZEŁAJOWY- TYLKO SPECJALIZACJA

Sezon Przełajowy nie jest długi. Mimo wszystko trudno jest utrzymać cały czas bardzo wysoką formę. Po pierwsze, zawody cechują się dynamiką, siłą i wytrzymałością, w której nie ma miejsca na błędy. Po wtóre, warunki pogodowe nie sprzyjają realizacji bardzo trudnych i ciężkich treningów do uzyskania tej dynamiki. Sezon cyclo-cross’u  jest krótki. Do grania pierwszych skrzypiec potrzebne jest wykonanie długich mozolnych treningów o wielomiesięcznym zakresie, które wykuja odpowiednie cechy. Te cechy w trakcie okresu startowego są tylko szlifowane (dopieszczane). Mi tych podstaw zabrakło, dlatego łapana szybko wysoka forma była krucha. Wysoka dyspozycja szybko obniżała swoje loty i trzeba było się nagimnastykować, żeby na imprezy mistrzowskie dźwignąć ją na wysoki, cały czas wątły, poziom.

UKŁAD AUTONOMICZNY DZIAŁA, ALE JUŻ NIE CHCĘ GO PONOWNIE SPRAWDZAĆ.

Mistrzostwa Świata. To była Impreza na którą przygotowałem najlepszą dyspozycję. Niestety choroba nie pozwoliło na uzyskanie adekwatnego wyniku do zrealizowanych treningów i popsuła resztę przygotowań. Teraz można to przeanalizować. Sam start był bardzo ryzykowany, ponieważ brałem udział w zawodach w trakcie kuracji antybiotykowej  po bardzo mocnym zatruciu organizmu infekcją zęba. Start w Mol wyszedł dobrze.  Zmobilizowałem się  i resztkami szczytowej formy  pojechałem dobry wyścig. Cyrk zaczął się później. Parametry wydolnościowe wyścigu, patrząc na wykres tętna, były dziwnie niskie. Średnie HR z wyścigu to tylko 162 a max 171. W porównaniu do innych wyścigów serce pompowało o 10 ud/hr mniej. Oczywiście po Mistrzostwach Świata zachorowałem, wyskoczyła mi opryszczka sygnalizująca ogólne przemęczenie. Nie była to choroba, która przykuła mnie do łózka, ale przez tydzień wyeliminowała z treningów. Późniejsze ćwiczenia szły bardzo ciężko. Byłem osłabiony, serce cały czas ledwo wdrapywało się na poziom 160 uderzeń na minutę. Nie mogłem szybciej. Trochę wystraszyłem się tym faktem, a że stan utrzymywał się dłuższy czas zgłosiłem się po koleżeńską poradę do znajomego kardiochirurga. Po krótkiej analizie Andrzej mnie uspokoił. Zadziałał układ autonomiczny, który dostosowuje stan ludzkiego organizmu do jego aktualnych potrzeb. Fajnie, że ten układ zadziałał, ale możecie sobie wyobrazić jak mocno trzeba eksploatować organizm, żeby takie reakcje zaszły. Dopiero 20 grudnia organizm zaczął normalnie pracować i mogłem zacząć realizować ukierunkowane treningi.

KRÓTKIE PRZYGOTOWANIA DO 81. MISTRZOSTW POLSKI

Miałem tylko czas na realizację 7 jednostek treningowych, których zadaniem było podkręcenie obrotów do maksymlanych wartości z mocno osłabionego organizmu. Treningi były bardzo proste, realizowane na tych samych trasach.

We wtorki skupiałem się na cechach siłowych a w czwartek na szybkościowych szlifując je metodą powtórzeniową i interwałową. W soboty realizowałem dłuższe spokojne przejażdżki a w niedzielę ćwiczyłem z kursantami programu Aktywuj się w Gdańsku. Forma cały czas rosła, z treningu na trening notowałem lepsze rezultaty i optymistycznie podszedłem do startu w Koziegłowach.

PRZED WYŚCIGIEM

Na trasie Mistrzostw Polski byłem  już w czwartek. Wykonałem trening „wprowadzający” po mocno błotnistej trasie. Prognozy wskazywały zmianę warunków i mocne ochłodzenie na dzień przed startem i tak też się stało.

Trasa mocno się zmieniła. Wystarczy tylko napisać, że prędkości średnie okrążenia wzrosły o przynajmniej 5 km/h. Z jednej strony cieszyłem się, bo nie miałem roweru zapasowego, który przy błotnistej trasie byłby niezbędny. Z drugiej strony brakowało mi szybkości i siły oraz treningów na szosie, które były podstawą aby uzyskać dobre czasy przejazdów na tak szybkiej rundzie.

3,2,1…. START!

Ustawiony zostałem w pierwszym rzędzie. Rozbiegówka była na tyle szeroka, że każdy mógł przebić się do przodu. Ruszyłem szybko i dynamicznie, momentalnie zajmując pierwsze miejsce. Nie chciałem od razu wychodzić na prowadzenia. Trzymałem się lewego krawężnika i obserwowałem kto z prawej strony będzie próbował ataku.

Pełnym ogniem wysokczył Mirosław Bieniasz. Jechał na takim obrocie i z taką mocą, że trudno mi było „złapać koło” i dobrać przełożenie dla wyrównania prędkości. Mirek był niesamowity. Po sylwetce było widać dużą transformację. Wcześniej starszy z braci Bieniasz był taką mocno zbudowaną kulką, a teraz „zrobił się” filigranowym zawodnikiem. Zrzucił kilka kilogramów bez straty mocy, a jego dynamika i siła wzrosła do bardzo wysokiego poziomu. Mirek objął prowadzenie. Jechałem na drugiej pozycji. Pierwsze sekcje techniczne dokonały selekcji. Na moim kole wisiał tylko Rafał Chmiel.

Momentalnie powstała luka. Po pierwszej rundzie wiedziałem, że walka o „koszulę” rozegra się wśród naszej trójki. Mirek non stop atakował takimi bombami od zakrętów i na prostych, że trudno było mi łapać koło. Po każdym zakręcie traciłem 2-5 metrów, które kasowałem pod koniec prostej. Jechałem jak na szelkach co mnie bardzo męczyło i nie umożliwiło przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji. Podczas trzeciego okrążenia zauważyłem, że Bieniaszowi szwankuje przerzutka. Nie schodziła na niższe biegi. To prawdopodobnie było spowodowane zamarznięciem kabli przerzutkowych. Kto mocno mył rower dzień wcześniej, mógł spodziewać się kłopotu z linkami.

Do boksu technicznego było jakieś 3 minuty jazdy, zwolniliśmy. Każdy z nas potrzebował chwili odpoczynku. Kiedy Mirek zmieniał rower, wyszedłem na prowadzenie i spróbowałem odjazdu. Mocno pracowałem na agrafkach, ale to nie było to, brakowało pary, aby później utrzymać przewagę. Rafałowi tez nie zależało, żeby mocno pracować i uciekać, męcząc nogę, przed zbliżającym się bardzo silnym zawodnikiem. Zwolniliśmy czekając na najmocniejszego tego dnia. Bieniasz dojechał i od razu narzucił mordercze tempo. W pewnym momencie zaczął „nachodzić” nas  drugi wyśmienicie przygotowany tego dnia, dynamiczny, silny zawodnik, który miał duże problemy na starcie i gonił nas z ostatniej pozycji. Arkadiusz Jusiński  bo o nim mowa, zbliżał się niebezpiecznie.

Patrząc na gonitwę jaką przeprowadził jestem przekonany, że miał najlepszy czas przejazdu okrążenia. Ta szarża trochę go kosztowała i 2 do końca „popuścił” a my znowu uzyskaliśmy bezpieczną przewagę. Wjeżdżając na ostatnią rundę trafiliśmy na zawodników zdublowanych. Było ich bardzo dużo. Co chwilę kogoś mijaliśmy. Jazda wśród dubli była jedyną okazją na odhaczenie. Umiejętne wyprzedzenie dublowanego zawodnika przed trudnym elementem na trasie powodowało, że przeciwnik musiał się nieźle nagimnastykować i często ryzykować, żeby utrzymać koło.

Tutaj każdy metr był na wagę złota. Mnie niestety jeden z dubli odhaczył. Musiałem zejść z roweru i przebiec piaskownicę. Te 10 metrów straty było na tyle duże,  że nie mogłem  zniwelować tego dystansu. Co trochę dochodziłem to znowu dubel i  znowu ryzykowne wyprzedzania. Bez wątpienia Rafał i Mirek byli silniejsi. Gdybym miał o ciut więcej sił tak samo starałbym się wykorzystać tę sytuację z wolniejszymi zawodnikami, a tak musiałem tylko parować ataki.

Na ostatnią sekcję wlecieliśmy w niewielkich odstępach. Niewielkie ale na tyle duże, że tylko pech któregoś z nas, mógł zmienić kolejność na mecie. Zasłużenie wygrał Rafał Chmiel i obrobił tytuł. Mirek najmocniejszy tego dnia musiał zadowolić się srebrnym medalem. Analizując przebieg rywalizacji i cały sezon przełajowy z  zadowoleniem wjechałem na 3 pozycji.

I co teraz?

Krótki odpoczynek, ułożenie planu i realizacja kolejnych zadań…. Czeka kilka artykułów w kolejce na przygotowanie….