Zimowy Triathlon w Warszawie gości w moim kalendarzu przygotowań od kilku dobrych lat, to świetna impreza pozwalająca nieco „przepalić” płuca oraz zaspokoić głód ścigania w przerwie między sezonami. Pierwszy start zawsze powoduje u mnie lekki niepokój, z drugiej strony lata doświadczenia pozwalają mi skutecznie trzmać nerwy na wodzy.

 Foto własne

 

Warszawskie zmagania rozpoczynają się biegem na dystansie czterech kilometrów, na starcie pełne skupienie, każdy z uczestników wyczekuje tylko sygnału, po którym rozpocznie się wyścig. Z doświadczenia wiem, że po starcie tempo zawsze jest mocne, większość zawodników poddaje się emocjom i nie przeliczając rwie do przodu, jakby miał to być bieg na 100m a nie 4km. Niestety jednym z nich był i mój zawodnik Mateusz Zdanowicz, który nie przeliczając odrazu poszedł pełnym gazem niczym koń wyścigowy, ja spokojnie zerkając na zegarek biegłem swoim tempem oscylującym w granicach 3:45-3:50 min/km. Czołowa dwójka zyskiwała coraz większą przewagę, a mi przez głowę przechodziła jedna myśl, „ciekawe kiedy mu odbije korki i będzie już tylko zbierał kredki do tornistra”.

 

FOTO własne 2

 

Sytuacja na biegu pozostawała bez zmian, a do końca biegu zostało około kilometra, ja chcąc niwelować straty postanowiłem podkręcić tempo i ruszyć z pogonią za liderami. Pierwszego dopadłem Mateusza, który ku mojemu zdziwieniu trzymał równe tempo od startu i nie myślał słabnąć, dokręciłem śrubę jeszcze trochę aby przeskoczyć do prowadzącego Tomka Szali, by łyżwiarskie zmagania na torze Stegny zacząć z pozycji lidera. Zbigniewem Bródką z pewnością nie jestem, co prawda mocno poprawiłem swoją jazdę, jednak spodziewałem się niewielkiej starty, zwłaszcza że Tomek jechał na panczenach, a tuż za plecami miałem Mateusza, który z łyżwami również nie jest na bakier. Szczęśliwie dla mnie rywalizacja na lodzie liczy dwa kilometry, czyli pięć okrążeń, a jako pierwsi zawodnicy mamy jeszcze wmiarę pusty tor, co nieco ułatwia mi zadanie.

FOTO własne 3 12439520 995891660468732 8457895348990749173 n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kończąc lodowe zmagania pozostawała jeszcze problematyczna kwestia, a mianowicie zejścia do boksu, lód jest śliski, prędkość wysoka, a trzeba by jakoś zahamować… Efektownym ślizgiem po lodzie niczym Tsubasa pokonałem ostatnie metry docierając jakoś do strefy zmian, przedemną był już tylko rower i odrabianie start do dwóch pierwszych zawodników. Warunki na trasie były idealne, co prawda temperatura oscylowała w granicach 8 stopni poniżej zera, ale dzięki temu mieliśmy szybki śnieg i nie tworzyły się koleiny, a dodatkowo mieliśmy pełne słońce.

 

Foto własne 5

 

Przełajowy Cannondale pożyczony od Roberta był idealnym wyborem, zwłaszcza że sprzęt był wyposażony w szytki. Mateusza dogoniłem stosunkowo szybko i do odhaczenia końcowego sukcesu zostało mi doścignięcie prowadzącego Tomasza Szali, nie będę ukrywał że na rowerze czuję się wyśmienicie, a  na szytkach miałem pełną kontrolę nad sytuacją. Wjeżdżając na ostatnią z pięciu rund byłem już liderem wyścigu i po raz piąty, a trzeci z rzędu przekraczałem finiszową kreskę unosząc ręce w geście triumfu.

 

DSC 2076

 

Pierwszy start sezonu jest bardzo ważny, wygrana pozwala mi poczuć się pewniej i utwierdza w przekonaniu, że przygotowania do sezonu idą w dobrym kierunku. Przedmną teraz start w Torus In Da House, później czas na trochę ciepłych promieni słońca, czyli pierwsze zimowe zgrupowanie na Lanzarote.

 

 

Bartosz Banach

Red. Mateusz Zdanowicz

Foto: Zbigniew Świderski