Moje przygotowania do sezonu od lat w czasie zimy obierają bardziej ciepły południowy charakter. Odwiedzałem już różne miejscówki treningowe, sprawdzałem trendy i poniekąd zwiedzałem świat, wiem jednak że ostatnie szlify przed sezonem najlepiej przeprowadzić w pewnym, sprawdzonym miejscu. Nie możemy być wówczas zaskakiwani, a znajomość lokalnych tras powinna pozwalać nam komfortowo planować treningi doskonale wiedząc co i gdzie nas spotka oraz ile czasu potrzebujemy na daną trasę. Tak się składa, że od kilku dobych lat moją pewną i stałą bazą na takie treningi jest Hiszpańskie Lloret de Mar i równie gościnny Hotel Samba który oferuje mi wszystko czego potrzebuję.Hotel Samba w Lloret de Mar, moja stała baza wypadowa!

Wiatry Lanzaroty mam już za sobą, podobnie jak i odpoczynek w domu, a w zasadzie to nawet zgrupowanie w Lloret o którym jest ten wpis, siedząc z rodziną przy ciepłej herbacie napiszę kilka słów o tym co wydarzyło się w miejscu które pewnie większości kojarzy się odrazu z „serialem pardokumentalnym” jednej z telewizji. Czas na pamiętniki z zgrupowania Bartosza Banacha, zaparzcie szybko herbatę i zapraszam do lektury.

Korzyść z wyjazdu do Lloret zaczyna się już w blokach startowych, samolot z lotniska Lecha Wałęsy o 17:00 więc śniadanie, obiad i spacer z rodziną zaliczam jeszcze w niedzielne przedpołudnie. Mam spokojną głowę, nie muszę nigdzie podróżować po kraju aby dotrzeć na inne lotnisko, po kilku godzinach od wyjścia z domu jestem już w hotelu w miejscu docelowym, to lubię!                                                                                                                                                                                                

Cud, miód i orzeszki przestały być jednak serowane zanim na dobre wystartowaliśmy, awaria samolotu, restart systemów i naprawa w efekcie przyniosła ponad godzinne opóźnienie. Barcelona poza mocno dodatnią temperaturą przywitała nas kolejnymi problemami w postaci zapakowania rowerów do busa. Do wszystkiego podszedłem jednak z spokojem bo ten był tu najważniejszy i nie było większych powodów denerwować się na zapas zwłaszcza że przedemną było widmo dwóch tygodni ciężkiej pracy. Poniedziałek to nowy początek tygodnia, poranny rozruch przy pięknym słońcu dodaje nowej pozytywnej energii, sprawy zaczęły przybierać pozytywnego obrotu, i koniec końców na pierwszy trening ruszyliśmy około godziny 15:00.

 

Wspomniałem wcześniej, że miejsce które wybieramy na ostatnie szlify przed sezonem powinno być dobrze sprawdzone, musimy wiedzieć jakie mamy możliwości tras, ile zajmie nam poszczególna runda, oraz jakie przewyższenia nas czekają. Dobrze wiedzieć gdzie mamy możliwość zrobić poszczególne ćwiczenia, tak aby przynosiły one zamierzone efekty. W Lloret znam większość tras, ale na zgrupowanie zabrałem kogoś lepszego niż najlepszy GPS – Mateusz to perfekcyjna mapa, niedość że pamięta każdy zakręt to jeszcze potrafi wynajdować najbardziej ukryte, malownicze, gładkie jak stół i puste drogi więc i ten punkt odhaczyłem w spokoju ducha. Drugiego dnia wybraliśmy się na testowy podjazd liczący troche ponad 6km, testuję się na tym segmencie już od dawna dzięki czemu zawsze mam możliwość odnieść się do lat wcześniejszych i sprawdzić w jakim aktualnie miejscu jestem. Testy na Grau wyszły pomyślnie czasy poprawione, podobnie jak i waty, podstawa początkowa zrobiona więc czas teraz na ciężkie i żmudne treningi. Każdy dzień wygląda podobnie poranny rozruch, śniadanie, chwila odpoczynku i trening na rowerze, szybki makaron później bieganie lub basen, wieczorne rozciąganie które zajmuje około 30 minut i kolacja. Wieczór to czas na rozmowę z rodziną i odpoczynek przed kolejnym dniem. Czasami można popaść w rutynę, a czasami tą rutynę przerywają awarię i tu nie sposób wspomnieć o „zgrupowaniu na patencie”. Przed wyjazdem padło pytanie czy zabieramy zapasowe koła, ale w zasadzie po co przeciez nic się nie stanie… Następnym razem zanim taka odpowiedz przejdzie mi przez myśl, zapasowe koło będę miał już zapakowane. Podczas jednego z treningów zacząłem łapać „puste obroty” czyli kręciłem korbą i poza tym nic więcej z tego nie wynikało, wiedziałem że problem leży w tylnym kole i po rozkręceniu piasty odnalazłem przyczynę awarii. Problemem była pęknięta podkładka trzymająca zapadki, oczywiście zapasowych części nie można było dostać w żadnym serwisie, z pomocą przyszła jednak agrafka i niczym w programie „Polak potrafi” naprawiłem prowizorycznie usterkę. Prowizorka jak zawsze przetrwa wszystko i często okazuję się dożywotnim rozwiązaniem, tym razem jednak mieliśmy szczeście, w połowie zgrupowania dolatywał do nas znajomy z Gdańska i dostarczył mi niezbędną część z nowego serwisu Roberta.Połamane pierwsze od dołu , pośrodku prototyp mój z agrafka , 3 sprężyna orginał

Słoneczne dni w Hiszpanii miją jeden po drugim, ciężka praca przynosi efekty, codzienna poranna kontrola tętna pozwala w pewnym stopniu monitorować stan zmęczenia i pomaga stwierdzić czy potrzebny jest luźniejszy dzień czy można dalej dokładać. Wesoła ekipa, mnóstwo śmiechu i odrobina Sangrii również umila wieczory, teoretycznie nie mogę narzekać jednak rozłąka z rodziną daję sie coraz mocniej we znaki. Z pogodą trafiliśmy praktycznie idealnie, temperatura w pierwszym tygodniu oscylowała w granicach 20stopni z treningu, drugi tydzień był może nieco bardziej pochmurny jednak zimowe warunki przydażyły się tylko raz i to podczas planu na epicki trening. Każdy wyjazd ma taki dzień kiedy trening jest naprawdę ciężki, a dnia następnego czeka nas przejażdżka lub zupełnie wolny dzien. Epicki trening miał być zrealizowany w drugim tygodniu, Mateusz wytyczył trasę, czekało nas około ponad 175km i około 4 500 m w pionie, kilka gór do wjechania było, zaopatrzeni w batoniki i kilka euro ruszyliśmy z hotelu. Po dotarciu do podnóża najwyższego i najdłuższego podjazdu, słońca co prawda nie było ale nie zanosiło się również na deszcz. W górach jak wiadomo pogoda lubi się często zmieniać, najpierw zaczęło mrzyć, później padać, lać aż przed szczytem dopadła nas śnieżyca i nie widzielismy praktycznie nic poza wymalowaną linią na szosie. Z Mateuszem wymieniliśmy szybkie spojrzenia, żaden z nas nie chciał odpuścić, jednak zwyciężył zdrowy rozsądek i niczym na Paryż-Nicea nasz epicki etap został zneuralizowany. Bez obaw do 145km dokręciliśmy a i przewyższeń wyszło ponad 3tys.                                                                                                                                                                   

Całe zgrupowanie zaplanowane było na 14 dni treningowych, nie ma co ukrywać całości na wysokich obrotach nie sposób wytrzymać a jeśli nawet odbiję się to bardzo boleśnie po powrocie i efekty całości będą odwrotne do zamierzonych. Po krótce mogę powiedzieć, że pierwszy tydzień stał bardziej pod znakiem ilości i podjazdach o większej intensywności, natomiast drugi tydzień to zdecydowanie więcej ćwiczeń na tempie i ulubiona zabawa w berka. Jeśli nie wiecie o co chodzi to zasady są proste, jeden ucieka a następnie po 2-3 sekundach resza zaczyna go gonić (nie po zmianach), zabawa dość szybka jeden pościg trwa minutę a przerwa pomiędzy nimi to 20 sekund i tak kilka, kilkanaście solidnych powtórzeń w kilku seriach. Na skoki w sezonie z pewnością będę gotowy, a przy okazji podczas zabawy pozostali mogli poznać dwa sposoby rekacji, pierwszy stosowany przezemnie gdzie przez całą minutę mocno i równo próbowałem dochodzić do koła Mateusza ( czasami się udało czasami nie), drugi to sposób Mateusza który niczym Pit Bull rzucający się do gardła w ciągi 10-15 sekund był już na kole przekręcając swój watomierz.                                                                           

Ostatni decydujący akcent wyjazdu zaplanowany miałem na dwa dni przed wylotem i była to powtórka testu pod St. Grau.Wszytskie znaki na niebie i ziemi mówiły że rekordowego czasu z wcześniejszej próby nie da się poprawić bo przecież w nogach sprzejechane ponad 1100km i czasu na odpoczynek wiele nie było. Najważniejsza jednak jest głowa i wspólna motywacja, na bitwę wyruszyliśmy spokojnie, leniwie pokonując dojazd liczący około 25km, wijąca się wybrzeżem droga obfitująca w piękne plaże ukryte pomiędzy skalistymi zatoczkami wzbudzała nas zachwyt. Tego dnia jechaliśmy jakoś w milczeniu, każdy z nas skupiał się na zadaniu choć tak naprawdę był to tylko jeden z elementów treningu, wyczuwać można było lekkie napięcie, aż do momentu kiedy na horyzoncie wyłonił się podjazd. Tak to on, mityczny podjazd ukryty pośród skalistego wybrzeża, weryfikuje każdego śmiałka i trafnie ocenia na jakim jest etapie swoich przygotowań. Nie było już odwrotu i wiedziałem że czeka mnie ponad kwadrans bólu, cierpienia i walki o każdą sekundę, przy tej próbie nie pomoże nawet Metafen… 3,2,1 START i nawet komputer pokładowy zaczął pocić się mleczanem. Na kreskę PM dotarłem wykręcając lepsze waty i czas niż poprzednio, zmęczenie zeszło na drugi plan a ból w tym momencie się nie liczył, robota została wykonana solidnie a wszystkie wskazania mówią jasno jest dobrze a nawet tak dobrze jak nigdy wcześniej!

 

Ostatnie dwa to dni to „luz” czyli ponad 100km na każdym treningu ale juz w duchu dobrze wykonanej roboty i oczekiwaniu na powrót do kraju, i co najważniejsze rodziny. Chwila odpoczynku i ruszam dalej, samo się nie zrobi!

 

Pozdrawiam

BB.

red. Mateusz Zdanowicz