Ten sezon rozpoczął się i będzie dla mnie pod hasłem „pierwszych razów”. Pierwszy raz będę dzielił swoją sportową uwagę między MTB i triathlon. W okresie przygotowań, oprócz większej różnorodności, pojawiły się nowości. Oczywiście jak w każdą zimę pracuję nad formą bardzo sumiennie, ale w tym roku po raz pierwszy miałem okazję odwiedzić Teneryfę – wyspę często i chętnie odwiedzaną przez najlepszych kolarzy świata. Był to cel mojego pierwszego zagranicznego zgrupowania przed sezonem 2015. Podkreślam słowo „pierwszego”, bo ma to niebagatelne znaczenie dla oceny tej treningowej miejscówki. Po raz pierwszy na pierwszej zgrupce było mi tak ciężko!

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/Teneryfa/G0326794.JPG{/gallery}

Ciężko…

 

 Owczy pęd.

Kolarskim synonimem Teneryfy jest wulkan Teide. Podjazd, po który się tam właściwie jedzie. Sam szczyt ma niespełna 3800m ale rowerem wjechać możemy na 2250m. To na tym zboczu widywaliśmy co jakiś czas Rafała Majkę czy Alberto Contadora, bo to wspaniałe miejsce na ostatnie szlify przed sezonem grup World Tour/Pro-Continental, które w zasadzie już rozpoczęły ściganie na poważnie. Dla nich trening i, co nie mniej ważne, spanie na dużej wysokości (ich hotel znajdował się na ponad 2000m n.p.m.) poprzedzone setkami kilometrów nastukanych na wcześniejszych zgrupowaniach to świetny tuning dla dobrze przygotowanej nogi. Wspomniana wcześniej magia Teide, chęć zobaczenia czegoś nowego (a widoki były naprawdę unikalne) plus to, że trenują tam najlepsi wystarczyło, żeby nas „kupić”. W końcu wyspa to nie na pewno same podjazdy…

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/Teneryfa/02.JPG{/gallery}

O, nareszcie jakiś podjazd!

 

 

Marudzenie.

Mój sezon rozpocznie się w zasadzie dopiero za półtora miesiąca (a w zasadzie za dwa licząc od daty pobytu na Teneryfie), więc bardziej wskazane było dla mnie właśnie nabijanie kilometrów i to głównie tych w poziomie a nie w pionie. A na wyspie o płaski teren trudno, jak o zimne piwo w Biedronce. Z naszego hotelu praktycznie każda droga oznaczała kilka-kilkanaście kilometrów wspinaczki, po czym następowała…dalsza wspinaczka. Co prawda można było się pokusić o bardziej pofałdowaną trasę, ale ruch jaki na niej panował raczej dyskwalifikował ją jako dogodną do przeprowadzenia treningu.

 

„To po co tam pojechałeś?!” zapytacie. I pytanie będzie słuszne. Nie będę ściemniał – nie poprzedziłem decyzji o wyjeździe jakąś wnikliwą analizą topografii wyspy. Zapłaciliśmy frycowe i musieliśmy przyjąć na klatę pobyt na wyspie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Przestaliśmy patrzeć na liczbę przejechanych kilometrów i skupialiśmy uwagę na zegarze, liczącym upływające godziny treningu i generowanych watach. Miernik mocy przydaje się w takich sytuacjach – mimo, że wleczesz się pod górę jak baba z mlekiem, to waty mówią ci, że intensywność jest odpowiednio wysoka (a raczej odpowiednio niska) i pozwala dość precyzyjnie kontrolować przebieg treningu. Choć to oczywiście nie to samo co jazda w bardziej urozmaiconym terenie. Zdarzały się dwudziestokilkuprocentowe sztajfy (niekrótkie), których nie sposób było pokonać bez trójki czy czwórki z przodu na wyświetlaczu watomierza. No cóż, to ma swój urok. Każdy pierwszy raz jest niezapomniany – obojętnie czy to z pozytywnych czy negatywnych powodów. Z perspektywy czasu wypad na Teneryfę to ciekawe przeżycie i z chęcią wróciłbym tam w przyszłości. Tym bardziej, że wracając autokarem na lotnisko wyczailiśmy kilka lepszych miejscówek i bardziej urozmaiconych dróg. Instalując się w innym hotelu czy innej miejscowości moje marudzenie byłoby prawdopodobnie sporo mniejsze. 

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/Teneryfa/G0196441.JPG{/gallery}

Dalej Pan nie pojedzie.

 

 

Zabawa.

Dobra, żeby nie było że tylko marudzę na ten wypad. Wcale tak nie jest! Mój wyjazd na „Kanary” to dobra nauka (dla Was i dla mnie), by wybierając się na trening w nieznane, lepiej przestudiować charakterystykę tego miejsca.

Na pewno warto wybrać się na tą wyspę. Chociażby dla samych widoków towarzyszącym treningom – są niezapomniane! Zapierające dech w piersiach krajobrazy serwuje trasa przez Los Gigantes – olbrzymie klify ciągnące się wzdłuż południowego wybrzeża wyspy. Tzn. podobno tak jest. My wybraliśmy się tam przedostatniego dnia zgrupowania, ale zastała nas gęsta mgła…

 

{gallery width=500 height=300}BARTOSZ/Teneryfa/G0126209.JPG{/gallery}

„Widoczki” z Gigantów…bunkrów nie ma…

 

Mieliśmy też okazję, pół żartem, pół serio, zmierzyć się z Sergio Paulinho, który jest posiadaczem stravowego rekordu na podjeździe z miejscowości Chio na Teide. Przyboczny Alberto Contadora przejechał 24,6km podjazd w równą godzinkę. Mi zajęło to prawie kwadrans więcej J (8 czas) ale i tak rezultat niezły jak na początek lutego. Michał Bogdziewicz, z którym razem atakowaliśmy podjazd, przybył niecałą minutę po mnie. Na chwilę obecną lepszych Polaków tam nie uświadczysz 😉

 

 

Przez 6 dni przejechaliśmy jakieś 23h i z 550km. Zmęczyłem się trochę, co widać na załączonym filmiku 🙂

 

 

Za dwa tygodnie ruszam na kolejne zgrupowanie z prowadzonymi przeze mnie zawodnikami– tym razem w sprawdzonym już wielokrotnie Lloret de Mar. Z perspektywy czasu wolałbym pewnie odwrócić kolejność tych wyjazdów. Ajj..miałem nie marudzićJ.

 

I tak pewnie większość z czytelników chciałaby się mierzyć z takimi kolarskimi „problemami”. Dziękuję więc moim sponsorom (AptekaGemini.pl i Hotel Cztery Brzozy Gdańsk), za to, że obarczyli mnie takimi „obowiązkami”. Tak więc nie narzekam, zakasuje rękawy i nogawki i robię dalej swoje. Sezon tuż, tuż! 

 

Z pozdrowieniami ,

 

Bartosz Banach

fot. Michał Bogdziewicz

red. Wojtek Woźniak