Znaki drogowe.

Coś trochę z innej bajki, ale rowerzysta czy kolarz jest także użytkownikiem dróg publicznych i wydaje mi się że coś do powiedzenia na ten temat ma.

Ostatnio trochę więcej podróżuje samochodem. Nasze piękne drogi są w ciągłem modernizacji, często rozkopane przez panów w pomarańczowych. Na drogach ekspresowych widnieją znaki ostrzegawcze sygnalizujące o zwężeniu drogi, lewostronnie, prawostronnie lub obustronnie.

znak1

Dalej znak tłumaczy, że z tego powodu mogą nastąpić utrudnienia w ruchu. Większość Polaków zagotowana w swoich autach pilnuje już odpowiedniego pasa, dużo wcześniej, jadąc na zderzaku innemu użytkownikowi drogi, co by się jakiś cwaniak nie wcisnął. Takim to o to sposobem tworzy się gigantyczny korek, bo wszyscy pilnują swojej kolejki, a każdego cwaniaka, otrąbią, wygwizdują i wyleją na niego całą dawkę porannego jadu. Alleluja. Czasami, gdzieniegdzie wiszą takie znaki, których nikt nie odczytuje, a na pewno robi to mniejszość, która cały czas uważana jest za cwaniaków.

znak 

Może warto zacząć edukację i własnym przykładem wprowadzić trochę inteligencji na polskie drogi. A więc taki, Myli Państwo, dojeżdżamy do zwężenie równo, lewi i prawy pas jednocześnie. Następnie jak zamek błyskawiczny w bluzie na przemian zjeżdżamy, raz ten z lewej, raz ten z prawej, i gra muzyka. Ruch idzie błyskawicznie i nikt nie ma do nikogo pretensji.

foto.Michał Bogdziewicz . Ostrzyce, województwo pomorskie 2009

To mi trochę przypomina sytuację na wyścigu szosowym. Drużyna, dwie lub trzy drużyny, mające plan, aby resztę zawodników zdusić na bocznym wietrze ustawiają tak zwany rant. Czyli kolejno każdy zawodnik zajmuje miejsce od lewej albo od prawej strony poprzedzającego zawodnika, zależy z której strony wieje wiatr i robią kocioł. Drużyna ustawia tak zawodników aby ich ostatni kolarz jechał po krawędzi jezdni. Kolejni kolarze już nie mają za kim się schować i sami muszą walczyć z wiatrem utrzymując wysokie tempo grupy rantującej. Nie ma za dużo kozaków, którzy przetrzymali by siłę drużyny na bocznym wietrze. Może Cancellara byłby w stanie dorównać im koła, ale nie sądzę, w końcu by “strzelił” a huk słychać by było w Gdańsku. W takim przypadku, kolarz, który trochę zna się na rzeczy i akurat zostaje na rancie, to, albo robi przeskok do pierwszego wachlarza i z pierwszej pozycji włącza się do pracy. Albo robi swój wachlarz i zachęca innych do podjęcie współpracy. Jeżeli będzie udawał kozaka to za chwilę koreczki mu wywali. Jak zaczynałem swoje wojaże na szosie to jeździłem jak trzepak.

znak4

Foto. Michał B. Na pierwszym planie rantuje Krzysztof Krzywy. 

Z każdego wyścigu szosowego średnia tętna wychodziła mi taka jak na wyścigu XC, dlatego na drugim lub trzecim etapie, byłem zajechany i nie byłem w stanie kontynuować etapówki. Moi koledzy z grupy, którzy potrafili jeździć w peletonie, mieli średnie tętno o 30 uderzeń niższe. Nieumiejętność poruszania w grupie mnie zabijała. Dopiero na zakończenie mojej kariery nauczyłem się jeździć i na etapówce w Urugwaju poruszałem się “zawodowo”. W Sumie te 11 etapów i ponad 1500 km nie sprawiło mi za dużo problemu, ponieważ nauczyłem się jeździć w grupie. No i o dziwo, szosa, której nie cierpiałem , nagle mi się spodobała. Tak samo jak w ruchu drogowym, tak samo w peletonie, są inteligentne zasady i albo je przyjmujesz jeżdżąc jak PRO albo trzepiesz się całe życie na niesprzyjających wiatrach wypluwając jad na każdą napotkaną osobę.

Do zobaczenia na rancie.

Robert Banach