Wyścig w Strzepczu bardzo mi się podobał. Trasa była atrakcyjna, ciekawa, wymagająca i sprzyjająca atakom. Formuła rozgrywania wyścigu na krótkiej pętli z kilkukrotnym jej pokonaniem sprzyja rywalizacji i była z pewnością ułatwieniem dla organizatora. Tak powinny wyglądać wyścig w naszym regionie, na krótkich pętlach!

Duża pochwała za ustawienie topowych zawodników w pierwszych sektorach. Tak jak liderzy klasyfikacji generalnych, którzy na każdym etapie wielkich wyścigów stoją w pierwszym rzędzie. Może pójść za ciosem i wprowadzić nieprzymusowe, dobrowolne sektory dla reszty zawodników? Specjalnie ustawiłem się dalej, 20 minut przed rozpoczęciem wyścigu, zajmując sto setne miejsce w ogromnym sektorze startowym.  Na pierwszym podjeździe zajmowałem już pozycję w czubie. Mijałem kolejnych zawodników a niekiedy rowerzystów, którzy mieli problem z wpięciem się w bloki, pierwsze metry jechali zygzakiem a kiedy prędkość przekroczyła 30 km/h momentalnie robili „dziury”.  Proponowałbym aby przed startem były wyznaczone „wirtualne” sektory ze średnimi prędkościami, które wykręcają uczestnicy na zawodach. Wtedy każdy chętny, porządny, kulturalny, obyty, mógłby się spozycjonować jeżeli ma problem z określeniem swoich umiejętności.

Nieobycie to nasza narodowa słabość. Jej epicentrum najlepiej zaobserwować na lotnisku kiedy to Polacy ustawiają się w gigantycznych kolejkach przed wejściem na pokład samolotu. Zawsze spokojnie siedzę, pieszcząc się bezruchem i obserwuję tych biedaków. Wchodzę na pokład jak już całe to bydło się upakuje. Przecież mam wyznaczone miejsce ! 😉

Sam wyścig był bardzo fajny, rywale wymagający. Czołówka wyrównana. Świetnie się ściga w takim towarzystwie. Przed pierwszym etapem na krótkim dystansie zakładałem niższy poziom sportowy uczestników. Ten okazał się bardzo wysoki. Uważam  że przynajmniej 25 zawodników z małego dystansu potrafi przez 5 minut generować wartość powyżej 5 wt/kg. To jest mniej więcej taki sam wysiłek jak utrzymanie prędkości 40 km/h na odcinku trzykilometrowym płaskiej drogi przez zawodnika 70 kilogramowego. To niemało i taki poziom to 2 kategoria zawodnika według tabeli Andrew Coggana.  Żeby utrzymać się w pierwszej grupie trzeba mieć próg na poziomie 3.3 w/kg i umieć poruszać się w peletonie, czyli znać w stopniu podstawowym zasady obowiązujące w grupie i ustawienia względem kierunku wiatru. Żeby utrzymać tempo pierwszej grupy na podjeździe 1000 m o 5% nachyleniu trzeba generować  wartość powyżej 5 W/kg. 65 kilogramowy zawodnik będzie musiał deptać średni 370 watów, 75 kilogramowy byczek 410 watów a 85 kilogramowy tur 450 wacików.  Żeby wygrać finisz trzeba potrafić jechać z obciążeniem około 6 w/kg i z tego wycisnąć peak powyżej 1.25 HP tuż przed kreską. Myślę, że Romet Pony nie dałby rady najlepszym sprinterom z krótkiego dystansu.

Wykonałem na wyścigu dwa skoki tak zwane „bąk zwiadowca”. Na wyjściu z bloków wykręciłem moc 1,5 HP. 15 sekundowe depnięcie podcięło mi skrzydło bo kolejne metry wlokłem się średnio 360 watów przy średniej prędkości 43 km/h. Doskoczył do mnie Tobiasz Kulikowski, który zdecydowanie mocniej jechał, ale nasza współpraca i tak nie pozwoliła na odjazd. Zostaliśmy szybko skasowani. Nie ma się co dziwić. Na czub peletonu wychodził zawsze jakiś tur bezproblemowo niwelując straty. Ciężki i silny zawodnik generuje zdecydowanie wyższą moc. Na odcinku płaskim przy takim samym wydatku energetycznym jedzie o 2-3 km/h szybciej a że wcześniej  jego mięsień nie jest zamulony długiem jaki powstaje przy „skoku” może z większą łatwością dozować tempo i kasować lekkich lub słabszych zawodników. Żeby uciec takim mocarzom musiałbym, po soczystym zaciągu, generować przynajmniej 400 watów przez 3-5 minut a później przejść do stałego tempa w okolicach 300 co na dzień dzisiejszy jest dla mnie nie osiągalnym poziomem. W ogóle solowy atak przy tych prędkościach jest bardzo trudny do zrealizowania, chyba, że peleton popisałby się totalną olewką takiej akcji.

Dwa moje starty na szosie poświęciłem żeby prześledzić charakter peletonu, znaleźć mocne i słabe punkty przeciwników. Zwycięstwo a o tym marzą wszyscy jest dość trudne i trzeba się wykazać niezłymi parametrami aby je osiągnąć. W peletonie duża część najmocniejszych zawodników ustawia się na finisz. Jest zdecydowanie mało konkretnych akcji, wymiany ciosów. Są pojedyncze strzał w gardę a później skakanie, głaskanie się po ringu.

W takiej sytuacji trzeba zbroić się dalej, w ukryciu, czekać na dogodny momentu do ataku.  Trzeba poznać swoje mocne i słabe strony. Umieć je określić i kształtować szeroko pojętym treningiem. Trzeba znać przeciwnika, szanować go i dać zmianę przed kreską 😉

zdjęcia

Tomek Ferenc