Amerykański, zagraniczny, polski, ruski i chiński.

Kupując SantaCruz lub jakiś inny amerykański produkt nawet robiony w Chinach, dałbym zarobić ludziom, którzy są mi zupełnie obcy, pośrednio zarobi polski dystrybutor, ale większość kasy spłynie gdzieś za granice naszego kraju.

Czy nie lepiej byłoby wesprzeć polską myśl techniczną i rodaków o ile potrafią zaoferować podobny produkt? Co by było gdyby polscy zawodnicy, którzy jeżdżą teraz na Scottach, Specialized, Cannondale, kupili customowy produkt made in Poland, ramę :LuxTech( widziałem na własne oczy, super fajna i nie żadna wydmuszka tylko solidny węgiel), Sikorski, Rychtarski lub jakąś inną ręcznie robioną ramę w Polsce. Zaopatrzyli się w piasty Soul Kozak, podzespoły lub kompletne ramy Dartmoor, NS bikes, Accent. Składali by rowery ze średniej półki na ramach Peak 29er, kupowali Krossa, Mbike i Rometa. Kurcze, powstałaby Druga Ameryka! Myślę, że takie firmy mogłyby się rozwinąć, zainwestować, przygotować jeszcze lepsze produkty z korzyścią dla obu stron. A tak Polak importuje, swojego nie ceni, a dlaczego? Tutaj mogę przeanalizować sytuację na swojej osobie. Jako pokolenie dzieci z PRLu w moim, naszym dzieciństwie istniało 5 przymiotników określających posiadane rzeczy: amerykański, zagraniczny, polski, ruski i chiński.

P jak polski. W zasadzie w Polsce niczego nie było a produkt polski kojarzył mi się z czymś nijakim. Dużo radości dostarczał sam fakt zdobycia, wywalczenia, wystanie w długich kolejkach, załatwienia po znajomości, niż posiadania polskiego rękodzieła. Tak właśnie było, ważniejsze było załatwienie niż posiadanie.

R jak ruski. Tutaj między polskim a ruskim można było postawić znak równości. Ruskie było trochę gorsze w hierarchii. Też byle jakie, niedopracowane, szybko się psujące.

Ch jak chińskie. To już najniższa półka. Totalny badziew, ale ludzi i tak brali te plastikowe błyskotki no bo polskie i ruskie dawno się skończyło.

Z jak Zagraniczny….. Uuuu byłeś kozak jak posiadałeś jakąś zagraniczną rzecz. Nieważna jaką ważne, że zza zachodniej granicy. Słodycze, ciuchy, zabawki made in zagranica. Za posiadanie jednego Matchboxa całe podwórko kłaniało się w pół, a jak miałeś tor dla elektronicznych samochodów to ustawiały się kolejki pod drzwiami z prośbą o zrobienie kilku “lapsów”.

 

A jak amerykański. Amerykański stał najwyżej w hierarchii. To już był totalny kosmos. Nie miałem nic amerykańskieo, co za dzieciństwo. Jedynie z opowieści słyszałem co tam się działo, eldorado. Kiedyś nasz dziadek był w Stanach, jeszcze za czasów komuny. Powrócił i opowiadał. Tam dzieciaki mogły oglądać bajki od 5 rano. My mieliśmy tylko dobranocki o 19.00. Dzieciaki żarły tam jakieś płatki zalewane mlekiem, my bułkę z cukrem, a do sklepu jeździło się wielkim wózkiem i tam było wszystko. Jednego tylko nie było, białego sera i Babcia nie mogła upiec polskiego sernika. To właśnie pamiętam.

No i tak pozostała w mojej świadomości hierarcha rzeczy wymyślonych przez ludzkości gdzie Ameryka i skrót USA stanowiły zawsze krainę mlekiem i miodem płynącą. A Amerykanie maja zupełnie inny pogląd. Dla nich najlepsze jest amerykańskie. Wszystko inne się nie liczy, nawet w świadomości wielu z nich nie istnieje. Kilkakrotnie uczestniczyłem w wyścigach kolarskich wspólnie z kolarzami z Ameryki Północnej. Zachowywali się jak pępek świata. Od razu było widać skąd pochodzą. Bardzo pewni siebie, bezpośredni, głośni, weseli, generalnie stwarzali pozytywny odbiór. Niech sobie będą jacy są, ale dlaczego mam na siłę ich wspierać skoro mogę wybrać inny produkt. Przecież Polak potrafi! Rozmyśleń na temat roweru będzie ciąg dalszy.

R.