Lubię jeździć na rowerze, lubię trenować, lubię się ścigać. Po wykonaniu umiarkowanego treningu, jeżeli chodzi o intensywność i obciążenie, czuję się bardzo dobrze, naładowany energią działam lepiej na każdej płaszczyźnie. Zawody dają mi kopa do wzmożonej aktywności. Bez ruchu usychałem, źle się czułem i słabo pracowałem. Współczuje osobom, które w ogóle się nie ruszają. Nawet nie wiedzą jak ich życie jest upośledzone w wieku produkcyjnym i jak będzie kiepskie na starość. Do tego nie chcę dopuścić.

Postanowiłem wrócić do kolarstwa! Z roweru nigdy na dobre nie zrezygnowałem co już opisywałem na łamach bikeworld.pl. Czasami los i życie robiło mi nieplanowaną przerwę. Pewnie znowu różne sytuacje życiowe spowodują jakiś rozbrat ze sportem, ale tym razem będę na to przygotowany.

Super utalentowanym zawodnikiem nie byłem co pokazywały liczne badania wydolnościowe przeprowadzone w ramach członkostwa w Reprezentacji Polski. Bardzo nie lubiłem tego rodzaju sprawdzianu, który w zasadzie nic nie wnosił do mich przygotowań. Według dzisiejszego lub wczorajszego (nie wiem czy jeszcze istnieje) programu identyfikacji młodych talentów nie przeszedłbym przez pierwsze sito. Nie byłbym zawodnikiem na którego „opłaca się” wydawać państwowe pieniądze. A mimo wszystko na przekór całemu temu systemowi udowadniałem nie raz, że jestem człowiekiem, sportowcem , z którym trzeba się liczyć.

Po raz pierwszy zagrałem na nosie „kadrowiczom” i wyszarpałem brązowy medal na MP w Krynicy Górskiej 95′ w juniorach. Pojechałem ten wyścig epicko, zachowując zimną krew w pierwszej fazie wyścigu, a w drugiej uderzyłem z taką  mocą o której nawet nie śniłem. Trener kadry tylko na chwilę się mną zainteresował, ale jak dowiedział się, że śpię pod namiotem a nie w hotelu, to  szybko o mnie zapomniał. Dla niego byłem tak zwanym „sierściuchem”, amatorem. Tak byłem 100% kolarzem górskim, który nie goli nóg, lubi techniczne szlaki i nie posiada roweru szosowego.

Drugie duże uderzenie było trochę później bo w 1999 roku. Wcześniej było raz lepiej raz gorzej, dostałem się do kadry, goliłem nogi i trenowałem na szosie. Miałem ogólnie przeciętne sezony, a do dalszej pracy zagrzewały mnie nieliczne rewelacyjne wyścigi, które jechałem jak na skrzydłach. Pamięć o tym, że umiem i mogę nie pozwalała mi zakończyć tej walki. w 1999 roku, pod koniec sezonu,  najlepiej pojechałem w Książu w wyścigu UCI. Zająłem 2 miejsce delikatnie ustępując Markowi Galińskiemu, sekundowe różnice. To było przed Mistrzostwami Świata, na które nie pojechałem. Już wcześniej wygrałem Puchar Polski w Polanicy Zdrój, dawałem wyraźne znaki, że sroce spod ogona nie wypadłem(1999 w kadrze nie byłem). Na MŚ trener kadry wysłał  przeziębionych zawodników U23, którzy nic nie pojechali a ja siedziałem w domu.

Były też okresy kiedy znalazłem się po drugiej strony barykady o której przekroczenie tak zaciekle walczyłem. Okazało się, że tamten Świat wcale nie był taki piękny. Zupełnie nie potrafiłem odnaleźć się w nowym otoczeniu. Jeździłem kilka razy na zawody z tak zwanego układu, będąc zupełnie bez formy i nie kwalifikując się do biegów finałowych. W tamtych latach, żeby wystartować w Pucharze Świata MTB trzeba było przejechać z dobrym czasem wyścig kwalifikacyjny.

Zawsze myślałem, że sport jest czysty, honorowy, taki trochę romantyczny. Byłem młodym zawodnikiem, który nie potrafił się poruszać wśród osób, dla których dobry kolarz (nie Mistrz Olimpijski) jest jedną z kart do gry w pokera. Po prostu taki jest Świat, brudny, pełen pułapek gdzie czysta gra się nie liczy, ale są też i piękne momenty. Teraz inaczej bym to rozegrał, choć kilka chwil sportowych i nie tylko miałem cudownych.

Nie pisze, żeby się pożalić, to tylko wstęp do kolejnego rozdziału. Tak jak to śpiewał Marek Grechuta: „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil tych na które czekamy.” O moich planach sportowych napiszę już niedługo.