Finałowe zawody Cyklo wypadły wyśmienicie. Wyjazd do Krokowej musiałem, chciałem, rozegrać wzorcowo, pod względem taktycznym,  sportowym jak i rodzinnym. Wyjazdy familijne są bardzo ważne i potrzebne. Nie można tylko przeciągać struny i zbytnio angażować innych we własną pasję. Dawkuje delikatnie tą „chorobę”. Kasia i Kuba chcą startować i jeździć na rowerze, najlepiej wspólnie. Kuba woli uczestniczyć w zawodach z bezpośrednią rywalizacją na łokcie, jest „fighterem”. Kasia obrała trochę inny kierunek, lubi rajdy rowerowe ale nie ostre ściganie. Zakomunikowała, że kończy karierę kolarską bo chce zostać dentystką.

Udało mi się to wszystko jakoś połączyć. Zawodowstwo pełną gębą, żadnych pustych przebiegów- tak jak w Pro Tour! O 8.00 pakowanie, wyjazd do Krokowej. Szybki desant i udział w wyścigu rodzinnym. Później transfer na plażę w Dębkach i powrót na start już na solo. Ja się ścigałem, rodzina plażowała- wszyscy zadowoleni. Po wyścigu szybki powrót do Dębek. Ekipa już czekała w punkcie zboru z regeneracyjnym „goferem”. Ruszyliśmy spokojnie do domu a każdy zdał ciekawą relację z atrakcyjnie spędzonego dnia, radio nie było włączane, klawo jak cholera. W domu jeszcze oglądnęliśmy wspólnie odcinek Spangeboba Kanciastoportego. Tak może kończyć się każdy weekend.

Cyko Krokową potraktowałem jako etap przygotowań, nie miała to być jazda na fullmax. Idealne tempo na ten dzień to jazda pod progiem beztlenowym i takie tempo zafundowali mi uczestnicy wyścigu na długim dystansie. Najważniejsze dla mnie było dobrze potrenować i nie zajechać się bo w kolejnych dniach miałem zaplanowane ważne treningi na których musiałem być w 100% formie. Jechałem pasywnie, chciałem wygrać ale jak najmniejszym kosztem. Taka taktyka nie jest wzorem do naśladowania, ale czasami muszę wziąć na siebie ciężar krytyki bo inaczej (takie mam doświadczenie)  wzrostu formy nie osiągnę. Jechanie pod kreską i czekanie do ostatniego momentu też jest dla mnie obciążeniem, bo stawiam wszystko na jedną kartę  i najmniejszy błąd może mnie kosztować utratę dobrej lokaty, którą mógłbym łatwiej osiągnąć gdybym pracował na 100% od startu. Tak naprawdę to tempo które zafundował Grzegorz Kołodzik, bo to on głównie prowadził naszą grupkę było całkiem spoko. Napiszę więcej to jest tylko jeden malutki krok żeby wspomniany Grzegorz (KLif Team), Kacper Belt (MTB ELDAR Świecie) czy Paweł Gołębicki (Torus Team) zaczęli jeździć z czołówką pomorza. W zasadzie ich tempo nie odbiega specjalnie od prędkości przelotowych najlepszych w naszym regionie. Wspomniani zawodnicy gdzieś tracą na starcie lub na mocnych szarpnięciach w pierwszej fazie wyścigu, kiedy najlepsi dyktują obciążenie.

Na wyścigu brakowało mi jedynie wcześniejszych akcji zaczepnych. Losy wyścigu można było wcześniej rozstrzygnąć na swoją korzyść, ale nikt nie chciał podjąć walki. Na papierze oczywiście byłem tym najsilniejszym, ale nie aż tak żeby upilnować 3 koni na odcinku płaskim. Tam mogły pójść zmasowane ataki, których nie byłbym w stanie parować. Ktoś na bank by odjechał, a później to ja musiałbym wziąć na barki trudy pogoni i nie wiadomo jakby to się skończyło.

Konkretny atak zadał Kacper Belt na dość sztywnym odcinku drogi. Pojechał naprawdę mocno. W pierwszej fazie obserwowałem co zrobią inni. Grzegorz ambitnie trzymał tempo, Paweł ciut wolniej tracił dystans. Nie chciałem iść pełnym ogniem za Kacprem bo do mety był jeszcze kawałek. Grzegorz bardzo chciał kasować rywala to upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu. Kacper wykrwawiał się po mocnym ataku, Grzegorz krwawił bo chciał dopaść Kacpra. Ja spokojnie czekałem jadąc za Grzegorzem. Możliwe że bym wcześniej zareagował ale różnica po ataku pomiędzy zawodnikiem z MTB Eldar Świecie a Klif Team była cały czas taka sama- idealna na przeskok który wykonałem na sztywnej części ostatniego długiego podjazdu. Przed finałowym zjazdem siedziałem już liderowi na kole, który był mocno zmęczony. Nie interesowało mnie to że dojeżdża nas Grzegorz, czekałem tylko na finałową hopkę, żeby wykonac atak. Grzegorz nawet jakby się zbliżył, a się zbliżył, to był na tyle zmęczony, że nie był w stanie przetrzymać kolejnego szarpnięcia. Wygrałem z czasem 1:47:57, średnie HR 159, MAX 181. 17 września 2017 ten sam wyścig ukończyłem z czasem 1:46:25 AVHR 166 i tętno max 181. Wynik a przede wszystkim forma mnie zadawala. Czas gorszy ale uzyskany dużo mniejszym kosztem energetycznym. Potrenowane tak jak chciałem.

Zdjęcie i montaż filmu Tomek Ferenc.